Pierwszy raz na Czarnym Lądzie, czyli wywiad z WGW o wyprawie do Gambii, Senegalu i Gwinei Bissau

Dziś przenosimy się na prawdziwy Czarny Ląd, a to za sprawą Warszawskiej Grupy Wyjazdowej. Sześcioosobowa ekipa właśnie wróciła z prawie miesięcznej podróży po trzech krajach Zachodniej Afryki. Przywiozła ze sobą mnóstwo wrażeń oraz pięknych zdjęć. Dla każdego z nich była to pierwsza podróż do tej części kontynentu. Co ciekawe, jeden kolega nie wrócił już do kraju, postanowił osiąść tam na stałe i tam zacząć nowe życie. Wszystko zaczęło się od promocji linii lotniczych Vueling, które oferowały przelot z Barcelony do stolicy Gambii Bandżul za około 1000 zł. Taka cena to naprawdę niezły hit. Pamiętam, że i ja już prawie dokonałam zakupu, jednak jako że były już inne plany, podróż tę odpuściłam, czego oczywiście bardzo żałuję.

O grupie
Warszawska Grupa wyjazdowa istnieje od 2012 roku, a założona została przez Ewę Miszczak, specjalistkę od wyszukiwania prawdziwych promocji lotniczych. Ideą grupy jest znalezienie towarzystwa do wspólnego podróżowania. Chodzi o to, by najpierw poznać potencjalnych towarzyszy, aby wiedzieć, z kim przyjdzie nam dzielić radości i trudy danej wyprawy. Czasem ludzie przychodzą już z konkretnymi pomysłami, czasem kierunek ustalany jest w trakcie, a czasem dopiero wtedy, gdy trafia się promocja. O sukcesie całego zamieszania świadczą zrealizowane podróże, jaką niewątpliwie była wyprawa do Gambii, Senegalu i Gwinei Bissau.Z ekipą rozmawiam w małej kawiarni podczas wymiany zdjęć z wyprawy, a na spotkanie zaprasza mnie sama założycielka grupy Ewa Miszczak. O wyprawie opowiada głównie Artur, który był z nami także w Maroko. Zamieszczone zdjęcia są także jego autorstwa. Reszta także dodaje coś od siebie. 
P1020991.JPG

Kasia, Kasia, Marcin, Artur, Krzysiek i Ewa za obiektywem:)

 

Trochę geografii, czyli gdzie to jest na mapie



[Cel] Jakieś przygody? Bo chyba w takich krajach o nie nie trudno?
[Artur] Tak naprawdę to cały wyjazd był jedną wielką przygodą. I tak, czekamy sobie na skrzyżowaniu w okolicy jakiejś wioski. W zasadzie nie wiadomo, gdzie jesteśmy. Próżno szukać tych miejscowości na mapach Google, a mieliśmy tylko takie ze sobą. Jest strasznie gorąco, skwar niemiłosierny. Czekamy… może coś będzie jechać, może nawet dzisiaj. Może będzie wolne, puste i zabierze nas, a może nie. Właściwie jesteśmy zrezygnowani, dopada nas ta Afryka i taki luz na to, co się stanie, co się wydarzy. Praktycznie nie mamy siły kombinować i zastanawiać się, co zrobimy, jak nie będzie tego transportu, bo jest tak gorąco. Nagle podjeżdża otwarta ciężarówka, na której prawdopodobnie wiozą ludzi, którzy uczestniczyli w pogrzebie, tzw. wesoły pogrzeb w Afryce… bo w Afryce, jeżeli osoba dożywa sędziwego wieku, to urządza się jej wesoły pogrzeb, w przeciwieństwie do smutnego pogrzebu, kiedy umiera młoda osoba. Sędziwego wieku dożywają naprawdę nieliczni. Charakterystyczne było to, że ta ciężarówka była przyozdobiona białymi szmatkami, do tego cała rozśpiewana. Wygląda to tak, że jeden z mężczyzn intonuje, a kobiety zawodzą i powtarzają za nim. Widząc nas, kierowca się zatrzymał i zabraliśmy się z nimi, oczywiście za pieniądze. Chcieli po 1000 franków (6,40zł), ale gdyby zażądali 10 000 to kto wie, czy byśmy się też nie zabrali… nie wiadomo, ile trzeba by czekać na kolejny transport. Ciężarówka zabrała nas do kolejnego skrzyżowania, gdzie mogliśmy poczekać na normalny pojazd.

Druga przygoda związana jest z wioską Jemberem, a w zasadzie z tym, jak tam dotarliśmy. Jemberem leży w Gwinei Bissau, kraju do którego w zasadzie nikt nie jeździ, to jeden z pięciu najbiedniejszych krajów na świecie. Wioska ta mieści się w środku lasu tropikalnego, w środku parku. Żeby tam dojechać, trzeba było przepłynąć rzekę promem i iść na piechotę. Na blogu ktoś napisał, że szli godzinę. My szliśmy prawie cztery, takim tempem 10 kilometrów na godzinę, z czego trzy godziny w prawie kompletnej ciemności przez las tropikalny. Ja nie mogłem iść, bo już w Barcelonie zdarłem sobie stopę (jak to ja). Nie miałem za bardzo siły. Wyskoczyliśmy z promu i tak naprawdę nie wiadomo dokąd mamy iść. Zagadujemy więc lokalsów i pytamy, czy może ktoś idzie do tej wioski. Tam wszyscy mówią po portugalsku, a u nas w tym języku nikt. Pytam więc jednego kolesia: „Jemberem?” „Jemberem?” „No Jemberem”. Pytam dalej: „Jemberem?” Znowu nie. Wszyscy włączają się więc w akcję i zagadujemy jakąś kobietę. Tym razem mamy szczęście, idzie właśnie tam, a więc mamy przewodniczkę. Tylko na początku nie wiemy jeszcze tego, jak szybko taka Afrykanka potrafi przemieszczać się po lesie. Chciała zapewne zdążyć przed zapadnięciem zmroku, bo przecież tam wcale bezpiecznie nie jest. Przez tę moją nogę nie mogłem nadążyć, reszta też czekać na mnie nie mogła i nagle zostałem sam w tym buszu.

[Cel] Ale jak to? Zostawili Cię samego w afrykańskim ciemnym lesie?
[Artur] No tak, nie mogli na mnie czekać, bo musieli gonić przewodniczkę. Ja już ich nie widziałem, nie słyszałem… i tak myślałem, że trudno, że jak dojdę do pierwszej lepianki, to poproszę o nocleg, a jutro może się spotkamy, a może nie. Jednak ostatecznie się udało i po czterech godzinach wszyscy dotarliśmy do wioski. Przewodniczka nieco zwolniła, gdy Kasia wywróciła się z plecakiem, było ciemno i były doły, ciężko było wyczuć podłoże. Kasia śledziła łydki Krzyśka, wiedziała, że jeśli on już przeszedł teren przed nią i się nie wywalił, to jest tam w porządku.

 

 

 

 

 

 

 

Kolejna przygoda jest z szympansami, znowu w Jemberem. Przeczytaliśmy, że to tam właśnie można je zobaczyć. Przewodonicy chcą kupę za coś takiego, ale skoro przejechaliśmy już taki kawał, to trzeba je zobaczyć. Umawiamy się na 5:00 rano. Kiedy wstajemy, jest jeszcze ciemno, idziemy około pół godziny, siadamy po ciemku, latarek nie zapalamy. Czekamy chyba przez 2 i pół godziny. W międzyczasie Kaśce do majtek wchodzą mrówki, afrykańskie mrówki! Czekamy, nic się nie dzieje. Robi się coraz jaśniej. W końcu coś się zaczyna ruszać. Szympansy się obudziły, wysrały nam nad głowami i uciekły:) I to było tyle. Naprawdę warto byłow zapłacić tyle kasy za taki show (śmieje się Artur).


[Cel] Czyli owa wspomniana ciężarówka zabrała Was właśnie w drodze powrotnej z Jemberem? 
[Artur] Tak, stwierdziliśmy, że nie mamy siły znowu pokonywać tej samej powrotnej drogi przez busz. Do tego musielibyśmy nocować w mieście po przeprawieniu się promem, bo promy kursowały tylko o określonych godzinach. W ogóle ciężko dogadać się Afryce, szczególnie w Gwinei Bissau. Gwinea Bissau to tak jak byś trafiła do czarnego PRLu i film rejs. Na przykład prom, który się zepsuł tuż po wypłynięciu, wrócił, nie wypuścił ludzi, tylko mechanik poszedł szukać części zapasowej. Wypłynęliśmy jakieś dwie godziny później, mieliśmy płynąć 5 godzin, a płynęliśmy w sumie chyba 10 i prom, ponieważ wypłynął później, zgubił się po ciemku na oceanie. Nawalała nawigacja i kolesie na tym promie posiłkowali się GPSem w naszych telefonach. Zupełnie inny poziom przygód niż w Maroko:)

P1020696.JPG P1020697.JPG

 

[Cel] Jak jest z przekraczaniem granic?
[Artur] Na granicy senegalsko-gambijskiej musieliśmy zapłacić łapówkę, 1000 franków. Przeszliśmy na lokalnej pieczątce. Kwota w porządku, nie było o co się kłócić, choć od drugiej grupy zażądali 30 EUR. Z tym przekraczaniem granicy to jest różnie. Spotkaliśmy kolesia w Gwinei Bissau, który został zatrzymany przez miejscową nieoznakowaną policję, bo nie chciał pokazać dokumentów człowiekowi, który nie ma munduru ani legitymacji. Został więc zatrzymany. Musieliśmy powiadomić United Nation, którego przedstawiciele przyjechali na miejsce, po czym stwierdzili, że policja ma rację i koleś musiał zostać w areszcie. Chodzi o to, że ich obraził, zaczął pyskować i się stawiać. Mieliśmy też taką sytuację, że gdy przechodziliśmy przez granicę podszedł do nas jakiś cywil i poprosił o paszporty. Wiesz, chwila konsternacji… dam kolesiowi paszport, on wejdzie do budynku, wyjdzie tylnymi drzwiami, później podjedzie do nas drugi i powie, że jeśli chcemy paszporty, to musimy mu zapłacić. Ale to było na granicy, więc co innego niż zatrzymanie busa i zabranie dokumentów. Co ciekawe, granice zamykane są tam o 18:00. Nie możesz wtedy przejechać, natomiast możesz przejść. My o tym nie wiedzieliśmy i trafiliśmy tam w środku nocy. Żołnierze, karabiny maszynowe, okopy, taki obrazek ogólnie, oczywiście się udało.

P1030089.JPG P1030117.JPG

 

[Cel] Co było dalej?
[Artur] Ja z Kaśką rozdzieliliśmy się pod koniec z resztą ekipy, oni byli już zmęczeni i pojechali nad ocean, my uderzyliśmy w głąb Gambii. Wracając spotkaliśmy Polaków, którzy opowiedzieli nam o parku, którego nie było na mapie. Przez cały wyjazd spotkaliśmy tylko jednego Polaka, który osiadł w Gambii na stałe, „czarnego” Marka. Pracownik fizyczny, który byłby w Polsce bezrobotny, a tu montuje obcokrajowcom anteny satelitarne. Szczególnie w Gwinei Bissau widzieliśmy mnóstwo bogatych ludzi, ludzi związanych z rządem.

P1030221.JPG

 

[Cel] Jak oceniasz lokalsów i podejście do turystów?
[Artur] Jest tak, że tolerują białych ludzi, pod warunkiem, że zostawiają pieniądze. Ceny dla białych są zupełnie inne niż dla miejscowych, wiadomo. Spotkaliśmy się kilka razy z taką sytuacją, że koleś wolał nie zarobić niż wozić białych za cenę dla swoich. Ale też wiele razy udało nam się całkiem konkretnie zbić cenę, na przykład przy wypożyczeniu łódki wydrążonej z pnia, takiej nie dla turystów. Wypożyczyliśmy ją od rybaków. Cena wywoławcza opiewała na 25 000 franków, a ostatecznie zapłaciliśmy 3000 franków. Tak więc, tak trzeba się tam targować:)

[Cel] Jak jest tam z noclegami? Gdzie nocowaliście?
[Artur] Spaliśmy w hostelach. Na początku w akademiku, to był nasz pierwszy nocleg po przyjeździe, który zabukowaliśmy wcześniej. Później nie mieliśmy już nic zarezerwowanego, wszystko ogarnialiśmy na miejscu. W Gwinei było najdrożej, bo 40 zł od osoby, natomiast w Gambii już 15 zł.

[Cel] Jak wygląda trasport już na miejscu? Czym się tam podróżuje?
[Artur] Podróżuje się tam starymi mercedesami. Wchodzi do niego około 9 osób, a oni potrafią upchnąć w nim nawet 20! Do tego nigdzie nie ma rozkładów jazdy. Takie busy jeżdżą od miasta do miasta, wożą oczywiście lokalsów. Niektórzy turyści wynajmują też jeepy z przewodnikiem i mapami, spotkaliśmy właśnie takiego Niemca, który jak się dowiedział, że jesteśmy bez samochodu, zdani na siebie, stwierdził, że to niezły hardcore. Raz też zdarzyło nam się podjechać stopem, choć tak naprawdę to nawet o tym nie wiedzieliśmy, bo tam ciężko jest rozróżnić, która ciężarówka wozi piasek, a która ludzi. Wracając do busów, to one odjeżdżają wtedy, gdy się zapełnią. Tak jak mówiłem, rozkłady jazdy nie obowiązują. Gdy pytasz o której, każdy podaje inną godzinę. A podróż z kurami to norma:) Toalety w takich pojazdach oczywiście brak. Natomiast kierowca zatrzyma się na żądanie, czego byliśmy świadkiem w Gambii. Autobus się zatrzymuje, koleś wysiada, kuca, jest oczywiście w afrykańskiej sukmanie, więc ma czym się zasłonić, załatwia się przy autobusie na oczach pasażerów, wszyscy udają, że nie widzą. Wsiada i po sprawie, jedziemy dalej.

P1030179.JPG

Czymś takim podróżuje się w Afryce...

 

[Cel] Co można zjeść w Afryce? Jak się żywiliście?
[Artur] Druga rzecz najgorsza w Afryce oprócz chorób, to jest żarcie, czyli bagietki z fasolą, makaronem i nutellą. Przede wszystkim tam jest mało jedzenia, mały wybór. Np. w Gwinei Bissau jedzą tylko rano albo wieczorem. Wyjątek to oczywiście stolica, ale poza to już nie zjesz w ciągu dnia. No chyba że jakieś owoce sobie kupisz. Ja głównie na grejpfrutach przeżyłem:) Taki grejpfrut kosztował jakieś 30 groszy, a smakował rewelacyjnie. Natomiast pomarańcze mieli bardzo kiepskie. Inny smak, taki landrynkowy. I tak naprawdę nie jedli ich, tylko odcinali górę i wysysali. Obierali z pomarańczowej warstwy, a zostawiali tę białą. Jedliśmy przeważnie w barach lub na ulicy. Oczywiście warunki są dalekie od higienicznych. Jedzenie nakładają brudnymi rękami, zawijają to w kartkówki z matematyki. Wyrywają kartkę z zeszytu i w tym podają jedzenie.

P1020705.JPG P1020895.JPG
P1020972.JPG

Popularne uliczne śniadanie. Buła z zawartością do wyboru. Może to być makaron z sosem i rybą, fasola, maniok, nutella albo jajko z majonezem

P1020974.JPG

 

[Cel] Mieliście konkretny plan, dokąd chcecie pojechać, co zobaczyć?
[Artur] Nie. Zaraz po przyjeździe zaczęliśmy załatwiać wizy. Załatwiliśmy wizę do Senegalu, pojechaliśmy do Senegalu. Załatwiliśmy wizę do Gwinei Bissau, pojechaliśmy do Gwinei Bissau. Tak to mniej więcej wyglądało. Nie wiedzieliśmy też, ile w danym kraju zostaniemy, czy nam się spodoba. Np. w Gwinei Bissau było zaskakująco drogo, a przecież to jeden z najbiedniejszych krajów Afryki. Ale tak naprawdę spędziliśmy tam chyba najwięcej czasu, było najciekawiej. Najbiedniejszy rejon, podczas gdy normalnie widziało się  głównie glinianki lub domy z cegły, to tam widzieliśmy także chatki z plecionki. Co do robactwa, to karaluchy, ogromne karaluchy.

P1030598.JPG P1030611.JPG P1030612.JPG

 

[Cel] W jakim języku próbowaliście się tam porozumiewać?
[Artur] W zasadzie w każdym kraju inaczej. Angielski nie zawsze wystarczał. W Gwinei Bissau mówili po portugalsku, choć w zasadzie nawet Portugalczycy mieli problemy, żeby z nimi się dogadać, bo podobno mówili bardziej po katalońsku. My próbowaliśmy po hiszpańsku. Krzychu zna cztery słowa na krzyż, więc się dogadał. A tak naprawdę to głównie po polsku:)

[Cel] Zachodnia Afryka jest najbardziej malaryczną częścią tego kontynentu. Jaką profilaktykę stosowaliście?
[Artur] Braliśmy malarone, wszyscy oprócz Krzycha. Krzych nawet się nie szczepił. Ewa coś tam kombinowała, brała przez tydzień, a potem odstawiła, a to dlatego, że naprawdę nie było za dużo komarów, choć niektórych gryzły. Jednak strach przed zarażeniem był. Np. ja rozdarłem sobie spodnie w minibusie o zardzewiałą sprężynę. Krzychu nadepnął na gwóźdź w łodzi. Tak więc za pół roku po okresie karencji dowiemy się, jakie pamiątki przywieźliśmy z Afryki. Co ciekawe ja się grypą tam zaraziłem, byłem u lekarza w Gwinei Bissau. Najgorsze, że dostałem gorączki w Jemberem, gdzie nie było mowy o dostępie do jakiejkolwiek pomocy medycznej, czy nawet transporcie. Do lekarza trafiłem dopiero po pięciu dniach albo nawet więcej.

[Ewa] Co do malarii, to się ją leczy. Malaria tam, to tak jak u nas grypa. W większości przypadków jest wyleczalna bez problemu. Odmiana mózgowa również, tylko trzeba rozpocząć leczenie przed upływem 12 godzin od pojawienia sie pierwszych objawów, czyli nie można lekceważyć niczego, co może wskazywać na malarię. Marek, który zdecydował się tam zostać, był u miejscowego lekarza, żeby skonsultować się w sprawie dalszej profilaktyki. Lekarz zalecił mu po prostu stawić się, kiedy odczuje pierwsze objawy. Wtedy robi się badanie krwi i poddaje bezpłatnemu leczeniu.

P1020813.JPG

 

[Cel] Co Ci się tam najbardziej podobało? Jeśli cokolwiek?
[Artur] To, że tam nie było nic pod turystów. Wszystko, co widzisz jest naturalne. Budynki są z cegły glinianej lub plecionki oblepionej gliną. Dzieciaki biegają na golasa lub w tym, co udało się gdzieś kupić.

[Cel] Jak wygląda kwestia bezpieczeństwa?
[Artur] Jak sobie poczytasz o tych krajach, to nie wygląda to za dobrze. Jednak my ani razu nie czuliśmy się zagrożeni.

[Cel] Z czego oni tam żyją?
[Artur] Większość ludzi nie ma tam stałego zatrudnienia. Niektóre dzieciaki biegają w rozdartych portkach z wystającym tyłkiem, niektóre są nawet elegancko ubrane, szczególnie dziewczynki. Małe dziewczynki mają już często poprzekłuwane uszy. I to w tej samej wiosce można zobaczyć takie różnice. Co ciekawe, nie czuć jakiejś takiej beznadziei, czego się spodziewałem. Wiesz, do nas docierają wybrane obrazy z Afryki, na przykład ten jeden wybrany biedny dzieciak. Ludzie są szczęśliwi, żyją tak jak żyją, uśmiechnięci. Oczywiście, wszyscy chcą od ciebie kasę.

P1020680.JPG P1020681.JPG P1020668.JPG P1030360.JPG P1030413.JPG P1030700.JPG

 


[Cel] Co robiliście w Gambii po oddzieleniu się od grupy?
[Artur] Dotarliśmy do sawanny. Naprawdę brakowało mi tej sawanny, bo mieliśmy busz tropikalny i tyle. Widzieliśmy pawiany, które nas obszczekały, jakieś tam ptaszki. Kaśka widziała antylopę, której nie zdążyłem zrobić zdjęcia, bo się spłoszyła. Hipopotamów nie było, tego dnia nikt hipopotama nie zobaczył, a specjalnie po to tam pojechaliśmy:)

P1020722.JPG

Atrakcja w jednym z parków na północy Gambii - oswojone (podobno) krokodyle:) Leżą nad jeziorkiem i można sobie podejść i pogłaskać. Podchodzi się samemu. Nie ma tam żadnego opiekuna, który powie jak to zrobić żeby było bezpiecznie:)

 


[Kasia K.]
Dla mnie to też był pierwszy raz. Bardzo mi się podobało, do tego stopnia, że chciałabym teraz odwiedzić wschodnią część Afryki. Po takiej wyprawie doceniam warunki, w jakich ja mieszkam. Byłam w Kambodży, byłam w Indiach, które słyną z tragicznych warunków higienicznych, jednak żaden z tych krajów nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak te w Zachodniej Afryce. Wiem też z doświadczenia, że kobieta nie powinna się tam sama poruszać. Ja np. pojechałam sama do Bandżulu, reszta zaimprezowała i nie chciało im sie ruszyć. Miałam taką sytuację, że chciano mnie wsadzić do jakiegoś samochodu. Więc ja w długą, nie ma mowy. Koleś, który wysiadł z samochodu, zapewniał, że chce mi pomóc, że nie mnie podwiezie, że nie powinnam sama się tu poruszać. I dalej do mnie: „wsiadaj do samochodu”. Ja uciekam, a on za mną. Gdy mnie dogonił, powiedziałam mu, że niedaleko widziałam żołnierzy i mam zamiar do nich pójść. Wtedy dopiero odpuścił.

[Cel] O co chodzi z tym Markiem? 
[Ewa] Po prostu mu się spodobało i został. On ma masę różnych pomysłów. Chce organizować tam pobyty dla turystów, sprzedawać samochody i zbudować hostel:) Niedługo zapewne będzie kolejna wyprawa WGW w te rejony, tym razem do Marka.

P1030185.JPG

Karnawał w Buba w Gwinei Bissau


 

 

 

 

 

 

 

Jak widać była to podróż pełna przygód i niezapomnianych wrażeń. Fantastycznie, że szlaki mamy już przetarte. Teraz nie pozostaje nic innego, jak ustalić, termin, ustrzelić bilet i na własnej skórze doświadczyć afrykańskiej przygody.

Bardzo dziękuję całej grupie za zaproszenie i piękne opowieści

4 Comments:

  1. Niesamowite opowieści z Afryki, przeczytałam do końca i powiem szczerze, że mogę tylko żałować, że nie miałam możliwość poznania (mieszkam na Śląsku) Warszawskiej Grupy Wyjazdowe. Celino na pewno odwiedzę Twojego bloga jeszcze nie raz, fantastycznie piszesz, ciekawie, delikatnie dla duszy. Pozdrawiam Kasia

  2. Przeczytałam wszystkie wywiady i nie mogłam się od nich oderwać, tak mnie zaciekawiły. Do tego piękne zdjęcia. Jestem pod wrażeniem

    • Dzięki za miłe słowa:) Muszę przyznać, że ja też słuchałam tych wszystkich opowieści z ogromnym zaciekawieniem i mam niedosyty. Dlatego już niebawem kolejne wywiady. Zapraszam:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>