Wrześniowe Taterki… od tego wszystko się zaczęło

W Taterki śmigam już za dwa dni, po kiluletniej przerwie. Każdy kolejny wypad przywołuje we mnie szereg wspomnieć z pierwszych samotnych wędrówek, bo to właśnie one tak naprawdę obudziły we mnie podróżniczego ducha. Wszystko zaczęło się od zdobycia Sławkowskiego Szczytu oraz dwukrotnego samotnego wypadu w nasze polskie Tatry. Nie od rocznego pobytu w Belgii, czy trzymiesięcznej banicji w Austrii, a właśnie od naszych pięknych polskich gór.

GALERIA

W 2008 roku na urlop postanowiliśmy się wybrać do Słowackiego Raju. Towarzystwo było przednie, dużo śmiechu i trochę stresu przy wysokich drabinkach i małych stupaczkach. Jako że byliśmy tuż od Wysokich Tatr, jeden z naszych kolegów wpadł na pomysł zaatakowania Sławkowskiego Szczytu (2452 m n.p.m.). Pamiętam, że w noc przed wspinaczką męczył mnie okropny koszmar związany właśnie z tą górą, bałam się w nim okrutnie, i wysokości, i całego wejścia. Sen poniekąd się sprawdził, bo miałam moment zwątpienia, gdy trzeba było zrobić kilka kroków nad przepaścią, jednak ostatecznie dałam radę. Na szczęście łańuchów nie było, a jedynie same kamienie i głazy. Nogi oczywiście drżały, ale dumnie stanęłam na szczycie. I kiedy zobaczyłam, co jest pode mną, to już nie było mi tak do śmiechu, bo zdecydowanie wolę wchodzić niż schodzić z takich wysokości. Na szczęście pewne męskie ramię uratowało sytuację;) Wrażenia były tak silne, że całkowicie zawładnęły moją osobą, już za dwa tygodnie ponowanie stanęłam na szlaku, tym razem w naszych polskich Tatrach.

Sławkowski Szczyt 2452 m n.p.m.

IMG_7395.jpg IMG_7407.jpg

 

Był wrzesień, piękny miesiąc na zdobywanie górskich szczytów. O tej porze roku zbocza zamieniają się w niezwykle kolorową mozaikę. Wspomnienie Sławkowskiego i głód kolejnych wędrówek sprawił, iż postanowiłam w pojedynkę ruszyć w nasze najwyższe góry. Kwaterkę polecił mi kolega z pracy, rodowity góral, wystarczyło tylko zakupić bilet na pociąg i można było ruszać. Do Zakopanego dotarłam już w zasadzie w nocy, pociąg miał opóźnienie, więc na miejscu byłam grubo po 23:00. Pamiętam bardzo dobrze, gdy wysiadłam z pociągu, peron był prawie pusty, ciemno wokół i jedno tylko pytanie krążyło w mi po głowie: dokąd teraz? Zakopanego nie znałam w ogóle (od mojego ostatniego pobytu minęło naprawdę ładnych kilkanaście lat), więc orientacji w terenie zero. Wiedziałam jedynie, że muszę dotrzeć na Broniewskiego. Szłam tak sobie ulicą Jagielońską z wielkim plecakiem, deszcz siąpił i miałam tylko nadzieję, że poruszam się w dobrym kierunku. Tuż za skrzyżowaniem z Bulwarami Słowackiego namierzyłam jakąś knajpę i ciemną postać krzątającą się w środku. Postanowiłam więc zajrzeć i dopytać o dalszą drogę. Przemiły pan zlitował się nade mną i zadzwonił po znajomego taksówkarza, który po 5 minutach był już na miejscu. W taki oto sposób za 8 zł dotarłam pod wskazany adres i muszę przyznać, że ta taksówka spadła mi jak z nieba. Podziękowałam pięknie i zadzwoniłam do drzwi. Otworzyłam mi starsza kobieta i tonem dość opryskliwym zaprosiła do środka, a w środku wręcz naskoczyła na mnie z wielkimi pretensjami, że zjawiam się tak późno. Po krótkiej wymianie zdań i zapłacie z góry pani łaskawie zaprowadziła mnie do pokoju. Pokój był całkiem przestronny, niemniej przyciemnione światło stwarzało dość przygnębiający nastrój. Do tego zimno było niemiłosiernie, domek drewaniany, a o tej porze jeszcze nieogrzewany, więc chłód przenikał do środka. Jedyne co w takich okolicznościach pozostało mi do zrobienia, to szybki prysznic (woda do najcieplejszych nie należała) i marsz do łóżka. Miałam tylko nadzieję, że nowy dzień przyniesie więcej pozytywnych wrażeń i więcej słońca.

I tak właśnie się stało. Rano po deszczowych chmurach nie było już śladu. Przebijające się przez białe obłoczki słońce zapowiadało piękny dzień. Zatem ruszam na szlak, cudownie! Szybkie śniadanko, prowiant na drogę, obowiązkowo kanapka oraz czarna czekoloda i byłam gotowa. Na pierwszy dzień zaplanowałam Tatry Zachodnie, a dokładnie zdobycie Wołowca (2063 m n.p.m.). Szlak wydawał mi się w sam raz na rozruszanie i sprawdzenie własnych możliwości. Busem spod dworca podjechałam do Doliny Chochołowskiej i stamtąd ruszyłam przed siebie.

023.jpg

 

Na Wołowiec postanowiłam wejść zielonym szlakiem, a później górą przez Rakoń dojść do słynnego Grzesia. Podejście zielonym było na początku całkiem przyjemne, dopiero na pewnej wysokości zaczęły się schodki szybko prowadzące na górę. I tu nie zmęczenie dało o sobie znać, a mój słynny lęk wysokości, a właściwie przestrzeni. Schodek po schodku oswajałam się z wysokością i chłonęłam widoki roztaczające się wokół, a te były naprawdę powalające!

057.jpg 060.jpg 064.jpg 065.jpg 066.jpg 067.jpg 069.jpg 080.jpg

 

Wchodząc na Wołowiec trafiłam na niezwykłe zjawisko. Po naszej polskiej stronie całe zbocze pokryte było białym szronem pięknie mieniącym się w słońcu, po słowackiej zaś szronu nie było wcale, a jedynie trawa w jesiennych kolorach. Wyglądało to wręcz bajecznie.

077.jpg 085.jpg 102.jpg 103.jpg 105.jpg

 

Gdy stałam już na ostatniej prostej, no może lekko pokręconej prostej, czyli będąc już pod samym Wołowcem, musiałam zrobić sobie małą przerwę na krótki odpoczynek i podziwianie tego, co roztaczało się dookoła. Po tak długiej nieobecności w wysokich górach, widoki naprawdę robiły na mnie ogromne wrażenie, jak gąbka chłonęłam każdy kawałeczek górskiego krajobrazu.

078.jpg 086.jpg 096.jpg 098.jpg 097.jpg 101.jpg

Dalsza wspinaczka okazała się nie być taka trudna, jednak na śnieg i mróz wcale nie byłam przygotowana. Na szczycie Wołowca zapanowały już iście zimowe warunki. Dobrze, że kurtka w plecaku się zmieściła, bo inaczej marnie bym skończyła. Choć i tak przy takim wietrze i minusowej temperaturze długo na szczycie nie wytrwałam.

106.jpg 108.jpg

 

Dalsza trasa upłynęła rónwnie przyjemnie, słoneczko przygrzewało, a ja spacerkiem przez Rakoń dotarłam wreszcie do Grzesia. Muszę przyznać, że to jeden z moich ulubionych szlaków i zawsze wracam tu z sentymentem.

120.jpg 125.jpg 136.jpg 137.jpg 138.jpg 139.jpg 140.jpg 141.jpg 143.jpg 145.jpg 147.jpg 148.jpg 149.jpg 150.jpg 151.jpg 152.jpg 154.jpg 159.jpg 161.jpg

Po tak spędzonym dniu zmęczona, ale jakże szczęśliwa zatrzymałam się na zasłużoną kolację w schronisku na Polanie Chochołowskiej. W drodze powrotnej poznałam jeszcze dwie sympatyczne dziewczyny, które nieźle już wprawione w tatrzańskich wędrówkach, raczyły mnie swoimi opowieściami o zdobyciu Orlej. Dzięki nim zapomniałam o bolącej nodze (tak, nowe buty przyprawiły mnie o obtarcia) i droga do busa zleciała szybciuteńko. Było już ciemno, gdy opuszczaliśmy Chochołowską Dolinę. Siły trzeba było jak najszybciej zregenerować, bo nazajutrz plan był o wiele ambitniejszy, a mianowicie Czerwone Wierchy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>