Autobusem z Dar es Salaam do Moshi

Pewnie zastanawiacie się dlaczego przyszło nam do głowy jechać taki kawał autobusem i to w kraju, gdzie drogi podobno bywają różne, a już szczególnie po porze deszczowej mogą być nieprzejezdne. Przecież można pokusić się na lot jakąś tanią afrykańską linią i 8 godzin jazdy zamienić na godzinkę. Oczywiście, że można. Jednak autobus ma swoje zalety. Po pierwsze cenę. Jest tańszy niż bilet lotniczy, przynajmniej był w momencie, kiedy my sprawdzaliśmy loty (z czteromiesięcznym wyprzedzeniem bilet linii Fastjet można kupić za 35$). Po drugie poruszając się drogą lądową można zobaczyć całkiem spory kawałek Tanzanii, czego z samolotu z pewnością nie dojrzymy. A po trzecie można się dowiedzieć, jak wygląda dworzec autobusowy w jednym z największych miast Afryki oraz osobiście przetestować afrykańskie autobusy.

GALERIA

Pierwszy nasz plan zakładał przejazd liniami Dar Express (polecanymi przez każdego) z Dar es Salaam do Arushy. Biletów przez Internet kupić się nie da, więc trzeba prosić kogoś o pośrednictwo. Tak się składa, że Joseph z Kurisafari doradza nam przyjazd do Moshi. Z Moshi jest podobno lepsza baza wypadowa na safari, choć pewnie dlatego, że Joseph właśnie tu mieszka:) Poza tym przy dobrej pogodzie można tutaj zobaczyć Kilimandżaro, co jest dla nas wystarczającym argumentem. Joseph zgadza się pomóc nam z rezerwacją biletów, a także informuje nas, że z lotniska odbierza nas jego brat. Świetnie! Nie będziemy musieli błąkać się sami po Dar es Salaam o 3:00 w nocy.

208.JPG

 

Po zawirowaniach i noclegu w Stambule wreszcie wsiadamy do samolotu do Dar es Salaam. Mamy nadzieję, że tym razem Turkish się poprawi i dolecimy na czas. Dziwi mnie bardzo fakt, że na ponad 8-gdzinny lot podstawiony zostaje tak mały samolot jak Boeing 737-900Po starcie czekamy na kolację oraz coś do picia. Stewardessy grzebią się niemiłosiernie, dopiero po około dwóch godzinach ruszają wózki z jedzeniem i napojami, ale zanim do nas dotrą, to minie trochę czasu. Zachwalane przez wszystkich jedzenie w Turkishu mnie nie powala, choć na tej trasie nie jest jeszcze tak źle. Tym bardziej, że kiedy już wózek dotacza się do naszego rzędu, nie ma już wyboru i trzeba brać, co zostało. Pyszny świeżo wyciskany sok z pomarańczy także się kończy. Po jedzeniu wszyscy od razu zasypiają, tylko ja standardowo oka zmrużyć się mogę. Pozostaje mi zająć uwagę jakimś dobrym filmem i tu akurat Turkish daje radę, bo w systemie rozrywkowym znajdziemy całkiem bogatą ofertę. Między jednym a drugim filmem uaje mi się zdrzemnąć może na godzinkę. Podróż mija bez większych turbulencji i około 3:00 nad ranem zaczynamy lądować. Oświetlone miasto z góry wygląda niesamowicie. Jest ogromne!

212.JPG

 

WIZA

Lotnisko nie jest duże. Moja pierwsza myśl po opuszczeniu samolotu „komary! gdzie jest moja Mugga?!” Wyciągam przygotowany już wcześniej repelent i smaruję, co tylko mogę, jednocześnie bacznie wypatrując jakiegoś krwiopijcy:) Jednak bez powodzenia. W hali przylotów pan lotniskowy kieruje nas na dół, gdzie musimy dopełnić wszelkich formalności, a przede wszystkim zakupić wizę. Ustawiamy się w kolejce i podpatrujemy naszych poprzedników. Trzeba przygotować paszporty oraz 50$. Pani w okienku grzecznie nas wita, pyta jak się mamy, po czym zabiera pieniążki oraz dokumenty. Teraz musimy przejść nieco dalej i poczekać na wywołanie naszego nazwiska. Cała procedura idzie dość sprawnie i już po chwili dostajemy nasze paszporty z wizą w środku. Teraz czeka nas kolejna kontrola, która polega na zdjęciu odcisków palców oraz na zrobieniu zdjęcia. Panowie w budkach są naprawdę bardzo mili i rozmowni. Bagaże już na nas czekają. To ma być Afryka, gdzie wszystko trwa wieki?!?

214.JPG 213.JPG

 

W poczekalni czeka już na nas brat Josepha. W jego rękach dostrzegam wielką kartkę z napisem: „Selina. 5 Polak”:-) Wita nas szerokim uśmiechem i cieszy się, że wreszcie udało nam się dotrzeć. A na zewnątrz niespodzianka, pada deszcze, rzekłabym nawet, że porządnie leje! Czy my jesteśmy w Afryce??? Brat Josepha mówi, że to chwilowe, że teraz wcale nie jest pora deszczowa, że powinno przejść. Szybko przebiegamy przez parking i pakujemy się do taksówki, która jest całkiem wygodna. Wszystko jest podobno już ustalone. Teraz jedziemy na dworzec autobusowy, a około 5:00 rano wsiadamy w autobus do Moshi. Brat dzwoni do Josepha i potwierdza, że wylądowaliśmy. Joseph wita mnie tak serdecznie, że od razu humor mi się poprawia. Jeszcze raz wszystko tłumaczy i mówi, że odbierze nas w Moshi. Taksówka z lotniska na dworzec kosztuje 50$, a jako że jest nas piątka wychodzi 10$ na głowę.

220.JPG

 

DWORZEC AUTOBUSOWY

Jedziemy około pół godziny, miasto jest puściusieńkie, nigdzie żywej duszy. W końcu zatrzymujemy się przy małej uliczce z zakratowanymi witrynami. Tu jest właśnie dworzec! Jak to? Ale gdzie??? No właśnie tutaj, jedne z krat kryją w sobie pomieszczenie, gdzie można nabyć bilet oraz także skorzystać z mini poczeklani, mini bo składa się ona może z ze trzech krzeseł. Póki co dworzec jest jeszcze zamknięty i musimy poczekać jakieś pół godziny.

218.JPG 222.JPG

 

Jest jeszcze jeden obrazek, który totalnie nas rozwala. Mobilny bar kawowy w postaci młodego mężczyzny, który oto rozpala małe ognisko, na którym stawia czajnik z wodą. Na wiadrze leży kawa oraz jakieś przekąski, natomiast w wiadrze pływają kubki zanurzone w wodzie. Chłopak wita nas szerokim uśmiechem i proponuję małą czarną. Czy wypada odmówić? Kurczę, nie mamy odwagi skusić się na taki napój, ale miejscowi i owszem. Kawa kosztuje grosze. Gdy drzwi dworca się otwierają, chłopak zwija interes. Pakuje wszystko na głowę i znika.

215.JPG 217.JPG

Dworzec jest już otwarty, więc możemy zakupić bilety. Czy rezerwacja była? Tego nie wiemy. Poza tym jesteśmy dzień później, więc pewnie nie. Na szczęście miejsca są, więc nie ma problemu. Dworzec w środku wygląda jak graciarnia. To tutaj dostrzegam pierwszego komara. Oprócz komara udaje mi sie namierzyć także mysz:) Pełny rozkład linii wisi na ścianie, są nawet jakieś dodatkowe informacje o wadze bagażu i tym podobne. Okazuje się, że wcale nie będziemy jechać Dar Express, tylko Kilimanjaro Express (o tej linii też czytałam, nieco gorsza od Dar), a bilet wcale nie będzie kosztował 20$ (tyle miał być za Dar Express), tylko 33$! Co zrobić, raczej wyjścia nie mamy. Do tej pory nie wiem, czy to była faktyczna cena, czy nas przerobili. Udaje się nam dostać miejscówki obok siebie, więc nie jest źle. Autobus podjeżdża punktulanie o 5:15. Pakujemy bagaże i wsiadamy do środka. Standard nie jest najgorszy, porównywalny do niektórych autobusów w Maroku. W zasadzie jesteśmy jedynymi „białasami”, więc nieco dziwnie. Kierownik dworca radzi nam, by podczas postojów zabierać podręczne bagaże ze sobą. Mają być trzy przystanki, a w Moshi mamy być około 13:00, więc nie tak późno.

225.JPG 227.JPG 228.JPG 231.JPG

 

Oczywiście początek podróży mija nam spaniu. Wymęczeni długim lotem odpływamy niemalże od razu. Budzimy się, gdy pani stwerdessa (tak, w tym autobusie są stewardessy!) roznosi pierwszy poczęstunek, a są to dwa ciasteczka i napój. I to nie jest ostani raz, bo będzie jeszcze butelka wody dla każdego.

253.JPG

 

Za oknem dalej szaro i ponuro, a szyby cały czas są mokre. Co jakiś czas mijamy małe afrykańskie wioski, w których ludzie żyją dosłownie w lepiankach. Nie do wiary, że w tych czasach można jeszcze mieszkać w takich warunkach! Z jednej strony obrazek fascynujący, bo jakże egzotyczny, z drugiej zaś bardzo przygnębiający, bo przecież ci ludzie są niewyobrażalnie biedni. Mokra od deszczu ziemia przybiera kolor ciemnego brązu, który pięknie kontrastuje z kolorowymi strojami kobiet.

334.JPG 336.JPG 389.JPG

 

Pierwszy przystanek jest gdzieś nad ranem. Nie wiem dokładnie gdzie, bo jestem w sennym transie i nie daję rady wyjść z autobusu. Drugi przystanek jest gdzieś w polu. Panowie idą na prawo, panie na lewo. I tym razem jakoś także nie udaje się mi skorzystać z tegoż postoju:) Trzeci przystanek jest już przy normalnej restauracji, gdzie znajdują się normalne toalety. Wszyscy się tu o nas bardzo troszczą i od razu wskazują drogę do WC. Sama restauracja jest też całkiem przyzwoita. W środku nakryte stoliki, wokół których uwijają się kelnerki. Jedna nawet nas zagaduje i wypytuje, skąd i dokąd jedziemy. Obok parkingu znajdują się stragany z kolorowymi owocami. Sprzedawcy widząc grupkę „białych” od razu nas obskakują i zapraszają do siebie. Na zachętę dostaję do spróbowania mojego pierwszego passion fruita, z którego sok wprost uwielbiam. Widoki wokół są przepiękne. Po półgodzinnej przerwie ruszamy dalej.

301.JPG 303.JPG 310.JPG 305.JPG 307.JPG 313.JPG

Krajobraz zaczyna się powoli zmieniać. Teren robi się górzysty. Słońce zaczyna się już przebijać, jednak nad samymi szczytami wiszą białe chmury. Widoki iście afrykańskie! Afrykańska rośliność oraz czerwona ziemia, od takiego obrazka ciężko oderwać oczy. I nagle uświadamiam sobie, że właśnie pędzę gdzieś w środku Tanzanii po jednej z jej dróg, że jestem w Afryce, na którą jeszcze jakiś czas temu wcale nie byłam gotowa. A autobus jedzie całkiem szybko, właśnie z nadmiernej prędkości słyną afrykańscy kierowcy. Drogi jednak wcale nie są kiepskie, jedynie dwa razy zjeżdżamy na szutrówkę i to tylko na chwilę. Nie mam też poczucia, że kierowca pędzie na łeb na szyję, ani że, wykonuje jakieś niebezpieczne manewry.

401.JPG 412.JPG 417.JPG

Podróż mija dość szybko. Do Moshi dojeżdżamy nawet przed czasem. Na miejscu wita nas słońce, majestatyczne Kilimandżaro oraz uśmiechnięty Joseph, który od razu zapewnia nas, że safari ciągle jest możliwe: Hakuna Matata!:)

421.JPG 422.JPG

 

O samym miasteczku oraz zakwaterowaniu przeczytacie już w następnym poście.

PRZYDATNE INFORMACJE

Wiza – 50$

Taksówk z lotniska na dworzec autobusowy – 50$

Bilet autobusowy z Dar es Salaam liniami Kilimanjaro Express – 33$

Dar Express kosztuje podobno 20$

Bilet lotniczy Fastjet z Dar es Salaam do Kilimandżaro z czteromiesięcznym wyprzedzeniem – 35$, potem cena wzrasta nawet do 145$

Fastjet

2 Comments:

  1. Klaudia Lytkowska

    Swietna relacja.
    Wybieramy sie w podobne miejsca juz w pazdziernku. Mam pytanie odnosnie transportu oraz pobytu w okolicach Kilimanjaro. Czy polecasz transport busem z Dar Es Salaam, myslimy zatrzymac sie w okolicach Kilimanjaro na 1-2 noce, odpuścimy sobie trekking, troszeczke za malo czasu zostawilismy na takie wyprawy, ale byc w Tanzanii i nie widziec Kilimanjaro, byłoby troche smutne.. Polaczenia autobusowe sa latwo dostepne i gdzie polecacie sie zatrzymac w okolicach gory? Serdecznie pozdrawiam.

    • Polecam przejazd autobusem, tak, jak my jechaliśmy. Niemniej dobrze mieć kogoś, kto pomoże w organizacji przejazdu. Chyba że lądujecie w dzień, bo wieczorem i w nocy nie jest bezpiecznie poruszać się tam bez lokalesa. Mogę polecić to miejsce, w którym my się zatrzymaliśmy, ale to nie było przy samej górze. Wiem, że można bliżej, ale niestety tematu nie zgłębiłam. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>