Moshi, baza wypadowa na safari

W zasadzie są dwie bazy wypadowe na safari w Tanzanii. Najbardziej znaną jest Arusha, w której operuje niezliczona liczba agencji i biur. Jeśli ma się dużo czasu można jechać w ciemno i na miejscu negocjować ceny. Druga to Moshi oddalona od Arushy o jakieś 80 km. Patrząc na mapę wyraźnie widać, że Arusha jest położona nieco bliżej parków. My jednak wybieramy Moshi, gdyż tutaj mamy szansę na zobaczenie Kilimandżaro. A ujrzenie najwyższego szczytu Afryki to niewątpliwe przeżycie niezapomniane.

Po długiej podróży autobusem wreszcie docieramy do Moshi. Na miejscu czeka już na nas Joseph ze swoim pomocnikiem. Zanim ruszymy na kwaterę, próbujemy załatwić sprawę z przelotem na Zanzibar. Wpadliśmy na pomysł, żeby przełożyć lot na wieczorną godzinę, co umożliwi nam zrobienie dwudniowego safari, które było w planie. Jadąc autobusem przez szybę dostrzemy biuro Precision Air, a więc mamy nadzięję, że uda się to załatwić. Zaraz po opuszczeniu autobusu idę z Josephem do Precision, jednak jako że jest niedziela biuro jest już zamknięte. Joseph próbuje się do nich dodzwonić, jednak bezskutecznie. Po jakimś czasie sami oddzwaniają i po ciężkiej rozmowie wreszcie udaję mi się ustalić, że przebukowanie będzie nas kosztowało dodatkowe 50$. To spora kwota i dlatego rezygnujemy, ostaecznie zostajemy przy obecnym rozwiązaniu. Pakujemy się do samochodu (tym właśnie jeepem nazajutrz mamy wyruszyć na safari) i jedziemy do hostelu. Nocelg wliczony jest już w cenę safari.

A nocujemy w Umoja Lutheran Hostel. Tego hostelu nie znajdziecie na żadnym bookingu, hostelworld czy innej stronce. To katolicka kwaterka i muszę przyznać, że całkiem przyzwoita. Na miejscu pan gospodarz wita nas bardzo serdecznie i najpierw pokazuje pokoje. W napięciu czekamy na to, co też w środku zastaniemy. A zastajemy całkiem porządne pokoje, może już nieco zużytkowane, ale na pewno czyste. Każde łóżko ma porządną moskitierę, stolik, nawet telewizor, szafę, i w każdym jest z łazienka, z której też daje się korzystać:) Dziewczyny lądują w dwójkach, a Jarkowi trafia się jedynka na wypasie, w której są nawet hotelowe klapki:)

425.JPG  430.JPG 426.JPG

Po krótkim odświeżeniu się postanawiamy rozejrzeć się po okolicy. Joseph podwozi nas do sklepu z souvenirami, w którym sprzedaje swoje własne wyroby z recyclingu oraz pokazuje knajpkę, w której możemy coś zjeść. Najpierw nasze kroki kierujemy oczywiście do sklepu, uginające się pod ciężarem pamiątek półki to jest coś, co zawsze przyciąga naszą uwagę. Miła pani ekspedientka chętnie ściąga wszystko z półek, abyśmy mogli je sobie dokładnie obejrzeć. Postanawiamy jednak oprzeć się pokusie i zakupy zostawiamy na później.

433.JPG 434.JPG

 

Żołądek coraz bardziej dopomina się o swoje. Postanawiamy więc wypróbować poleconą knajpkę, w której, jak się okazuje przesiadują przeważnie turyści. Lokal nazywa się jak na tę okolice przystało Kilimanjaro. W środku jest całkiem przyjemnie i wreszcie można chwilę odsapnąć i odetchnąć afrykańskim powietrzem.

439.JPG 441.JPG

W karcie dominują niestety dania europejskie, ale jako że naprawdę umieramy z głodu staramy się za bardzo nie wybrzydzać. Ciepła zupka to jest to! Do tego jeszcze pizza i zimne piwko. Tutaj krąży pewne powiedzonko o słynnej afrykańskiej górze: „If you cannot climbe it, drink it!” I tak właśnie można zrobić, bo Kilimandżaro to także piwo i to chyba najbardziej popularne w Tanzanii, bo właśnie się skończyło. Zamawiamy zatem coś, co ma nas nastroić na jutrzejszą wyprawę. Pan kelner jest bardzo uprzejmy i z uśmiechem podaje nasze zamówienia.

450.JPG 452.JPG

Menu w Kilimanjaro

447.JPG 448.JPG 449.JPG

 

Po kolacji do hostelu wracamy na piechotę. Jednak przed powrotem koniecznie chcemy zobaczyć prawdziwe Kilimandżaro. Mamy szczęście, bo niebo się wypogodziło i góra powinna być dobrze widoczna. I tak właśnie jest. Widok od razu powala. Sam szczyt pokryty jest śniegiem, wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach, wrażenie jest niesamowite.

454.JPG 483.JPG 492.JPG

A co można robić w Moshi? Można przejść się uliczkami i poobserować lokalsów. Moshi jest o wiele mniejsze niż Arusha, a przez to spokojniejsze. Ulice wyglądają trochę jak rupieciarnie, znajdzie się tu wszelakie mydło i powidło. Jako że zaczyna się ściemniać, zaczynamy iść w kierunku hostelu. Czasem nas ktoś zaczepi, by sprzedać np. wycieczką na safari. Niektórzy techniki sprzedażowe mają dość dobrze opanowane. Zaczyna sie zawsze od pytania: skąd jesteś? Aaa, Poland! Mam tam dziewczynę, przyjaciela, ciotkę, kuzyna, Poland super jest i już mamy punkt zaczepienia:)

 481.JPG 479.JPG

Po drodze mijamy bardzo ładny meczet. Tanzania jest w jednej trzeciej krajem muzułańskim, jednak inne religie też są, chrześcijaństwo to także jedna trzecia, w tym katolicyzm około 20%.

470.JPG 475.JPG

Po powrocie do hostelu spotykamy się z Jospehem na ustalenie szczegółów odnośnie safari. Jako że każdy z nas ma inne preferencje co do zwierząt, które chciałby zobaczyć, trzeba pójść na kompromis. W pierwszej wersji ma być krater Ngorongoro, jednak kiedy okazuje się, że tam nie ma żyraf, zmieniamy na park Tarangire. Cena za jednodniowe safari podana przez Josepha w mailu to 155$, jednak teraz rzuca nam zupełnie inną kwotę wyższą prawie o 100$, co nas trochę dezorientuje. Mam przy sobie wydrukowaną całą korespondencję, która jest jednak bardzo długa i zakręcona, bo jak to ja, zadawałam Josephowi milion pytań. Atmosfera nieco gęstnieje. W końcu dobijamy targu i zgadzamy się na cenę 205$ z podwózką na lotnisko po safari. Ta nieoczkiwana zmiana kwoty pozostawia we mnie mały niesmak. Domyślam się, że Joseph chce sobie jakoś zrekompensować dzień, który wypadł z planu, ale aż o tyle? Umawiamy się rano na 7:30, zaraz po śniadniu wsiadamy do jeepa i ruszamy na długo wyczekiwaną przygodę, ale o tym już w następnej odsłonie.

498.JPG

515.JPG

A na koniec poznajcie Josepha. W gruncie rzeczy to bardzo miły i pomocny człowiek. Jego zachowanie w kolejnych dniach zatarło niezbyt dobre wrażenie po zawyżeniu ceny.

2 Comments:

  1. Oglądaliśmy pokaz zdjęć ze wspinaczki na Kilimandżaro, ale powiem szczerze, że na mnie największe wrażenie zrobiły właśnie zdjęcia góry widzianej z daleka – wtedy bardziej widać jej ogrom. Zresztą podobne wrażanie mam z własnej wspinaczki na Fuji. Mam nadzieję, że i my kiedyś i my dotrzemy do Tanzanii :)
    Pozdrawiam serdecznie, A.

    • Dokładnie to powiedział nasz przewodnik, że ludzie czasem wchodząc na szczyt nie widzą, jak ta góra naprawdę wygląda, a wrażenie jest ogromne. Mam nadzieję i ja, że ponownie tam dotrę i stanę na szczycie:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>