Tratwy, słonie oraz rafting, czyli ciąg dalszy trekkingu w tajlandzkiej dżungli

Po wizycie w wiosce górskich plemion udajemy się w kierunki rzeki. Kolejnym punktem ma być spływ na tratwach, coś w stylu pienińskiego spływu z naszymi flisakami. To akurat może być całkiem przyjemne, o ile rzeka jest spokojna i żaden wir nie stanie nam na drodze. Tak, wiem, dla niektórych zapewne za spokojnie, ale to nie jedyny wodny punkt programu, więc adreanalina będzie miała jeszcze okazję zabuzować.

GALERIA

Wszystko odbywa się dość sprawnie, po kolei tratwy są podstawiane, i po kolei wsiadają do nich turyści. Spływ trwa około 45 minut, więc można nacieszyć się widokami. Tajscy flisacy nie są zbyt rozmowni, choć niektórzy pozwalają oddać na chwilę stery.

2050.JPG 2051.JPG 2063.JPG 2064.JPG 2065.JPG 2070.JPG 2073.JPG 2074.JPG 2080.JPG 2082.JPG

 

Po spływie jedziemy prosto na obiad, który serwowany jest w całkiem sporej knajpie, znajdującej się niedaleko miejsca, skąd wyrusza się na przejażdżkę na słoniach. Oczywiście ruch jest, w końcu to jest bardzo popularna atrakcja. Ku mojemu zaskoczeniu, jedzenie jest całkiem znośne i można brać dokładkę:) Są dwie zupy do wyboru, pad thai i inne tajskie potrawy, a nawet frytki.

2086.JPG 2087.JPG

Po obiedzie jeszcze chwilę przyglądamy się osobom wracającym z przejażdżki, wygląda to niesamowicie. Kurczę, musi być bardzo wysoko… siedzieć tak na grzbiecie słonia. Czy oby nie spanikuję?

2089.JPG 2091.JPG

 

Żeby dostać się na drugą stronę, trzeba przejść przez most wiszący przerzucony na drugi brzeg. Niby pestka, niby nie wygląda to aż tak strasznie, a jednak, na moście łapie mnie totalny paraliż i robi się korek, bo nijak ruszyć się nie mogę. Wreszcie ktoś podaje mi rękę i jakoś daję radę.

2094.JPG

Gdy podchodzimy bliżej do słoni, nie mogę się nadziwić, jak spokojne, a zarazem słodkie są to zwierzęta. Oczy słonia są niesamowite, małe okolone rzęsami, nieco przymrużone. Aż ciężko uwierzyć, że słoń potrafi być naprawdę niebezpieczny. Wszystkie wyglądają tak łagodnie. Do tego, gdy słoń rodziawia buzię, wygląda jakby się właśnie uśmiechał. Słonie to także bardzo mądre zwierzęta, czego dowodem jest  pokaz ich artystycznych zdolności. Za ogrodzeniem odbywa się właśnie małe show ze słoniem, który coś rysuje. Wytężam wzrok i nawet z tej odległości widzę, że słoń właśnie narysował swój autoportret. Niewiarygodne!

2098.JPG 2101.JPG 2103.JPG 2104.JPG

Chyba ktoś tu Jarka polubił lub po prostu gwiazdorzy i uśmiech się do kamery? No sami przyznajcie, czy ten słoń się nie uśmiecha? Jak nic, posyła Jarkowi szeroki słoniowy uśmiech:-)

2105.JPG 2106.JPG

 

Rozglądam się dookoła i próbuje namierzyć Michała. Nie ma go, gdzieś zniknął. Za chwilę wraca i ze swoim szerokim uśmiechem i wręcza mi kiść bananów. To oczywiście dla słonia, który będzie dźwigał nas grzbiecie. Nie wiem, gdzie on te banany wypatrzył, bo ja nigdzie żadnego stoiska nie dojrzałam, ale taki jest właśnie Michał, dla zwierzątek wszystko, co najlepsze. Kiść bananów kosztuje tutaj 40 THB.

Wygląda na to, że za chwilkę będziemy ruszać. Żeby wsiąść na słonia trzeba wejść na mini podest i stąd usadowić się na zamontowanym na grzebiecie siodełku. Przepuszczamy jedną parę, podchodzi kolejny słoń, a w zasadzie jak się potem okazuje 60-letnia słonica, jest całkiem spora. Daję kroka i już jestem na grzbiecie. Nasz przewodnika usadawia się na szyi słonia, a widząc nasze zdezorientowane miny, tłumaczy, że słoń ma bardzo grubą skórę i z pewnością nie sprawia mu to bólu. Ruszamy… aaaa jak wysoko! Do tego buja na wszystkie strony i to na prostej drodze. Za chwilę górka, co będzie wtedy? Wtedy trzeba się naprawdę bardzo mocno trzymać, bo można się po prostu zsunąć z siedzenia. Nasza słonica od razu wyczuwa banany i bez skrępowania wyciąga po nie trąbę. Przewodnik powoli przesuwa się na głowę słonia i macha na nas rękę, co by któreś z nas siadło na szyi. O nie! Nie ma mowy, ja na pewno się na to nie piszę. Michał się zastanawia, ale w końcu też pasuje. Po 10 minutach zatrzymujemy się na małej polanie na małą sesję fotograficzną. W nagrodę słoń dostaje kolejne banany, zadowolony pięknie pozuje do zdjęć:)

2110.JPG 2113.JPG 2115.JPG 2119.JPG 2122.JPG 2124.JPG

 

Ruszamy dalej. Znowu górka, tym razem jeszcze bardziej stroma. Idziemy brzegiem rzeki, którą za chwilę będzie przekraczać. Jak się okazuje na trasię także można kupić banany. Jako że te kupione przez Michała już się skończyły, trzeba kupić drugie. Nagle z oddali słychać polskie głosy, tak to nasi! Polska ekipa spływa właśnie na tratwach i całkiem głośno nuci sobie wszystkim dobrze znaną biesiadną piosenkę „Hej sokoły”. No nie mogę się oprzeć i na chwilę się do nich przyłączam:)

2130.JPG 2132.JPG 2136.JPG 2138.JPG

 

Czas przekroczyć rzękę! To dopiero będzie zabawa. Słonie wydają się bardzo lubić wodę. Tylko co jeśli słoń zapragnie ochłodzić nas rzecznym prysznicem? Na szczęście nic takiego się nie dzieje, spokojnie przechodzimy na drugi brzeg. Po drodze mijamy słonia, który właśnie bierze rzeczną kąpiel, właściciel stoi na jego grzbiecie i szoruje mu skórę. Od czasu do czasu słoń zanurza się w wodzie i tylko trąba wystaje nad powierzchnię.

2140.JPG 2142.JPG

 

Przejażdżka na słoniu trwa około 40 minut, chociaż w moim odczuciu mija błyskawicznie. Na koniec wypada dać panu słoniarzowi napiwek, nie ma określonej kwoty, czyli dajemy według uznania. W naszym przypadku jest to 50 THB, ale inni dają 20 THB. Powrót mostem znowu nieco mnie zestresuje, ale jakoś daję radę. Po słoniach udajemy się na prawdziwy rafting. Mają być pontony i wartki nurt. Bardzo interesujące dla kogoś, kto praktycznie boi się wodnych sportów. Ale odwrotu już nie ma, wsiąść muszę. Niestety cała nasza szóstka do jednego pontonu wejść nie może, pływa się piątkami plus pan sternik. Dzielimy się zatem na dwie grupy i ustawiamy w kolejce. Wszystkie elektroniczne gadżety powinny zostać na lądzie, bo woda z pewnością je dosięgnie. Do naszego pontonu dołącza Pepe z Ameryki Płd. wraz z żoną. Tak się składa, że ja siedzę za Pepe, który upadobał sobie miejsce z przodu. To jest naprawdę mój pierwszy raz, nigdy wcześniej nie wiosłowałam na takim spływie. Pan sternik minę ma nietęgą widząc naszą ekipę, ale trudno, musi się nami zająć. Początki nie są proste, staram się jakoś zgrać z Pepe, ale nijak mi nie wychodzi, bo Pepe wiosłuje jak chce, nie słucha pana sternika, tylko namiętnie rozmawia z żoną. A żona, jak wnioskuję, próbuje przywołać go do porządku. Jednak Pepe, totalnie wyluzowany, chwilami wręcz zapomina o wiosłowaniu i wszystko jest na mojej głowie, a raczej w moich mięśniach. W końcu żona Pepe zamienia się z nim miejscam i wtedy idzie już lepiej, choć ciągle ponton skacze i kręci się w kółko, czasem nawet utyka między gałeziami. Zabawa jest przednia, bo nurt wartki, a do tego czasem małe wiry kręcą całym pontonem. Oczywiście wszyscy nas wyprzedzają, ale z drugiej strony, może to i dobrze, bo dłużej będziemy płynać.

IMG_0022.JPG IMG_0026.JPG IMG_0028.JPG

 

Po zakończonym spływie wypada dać napiwek także panu sternikowi, choć nie wszyscy tak robią. My dajemy 20 THB, jednak nie wiem, czy to jest satysfakcjonująca kwota. Ogólnie jesteśmy cali mokrzy. Ci, co wzięli ubrania na przebranie, mogę to zrobić w czymś w rodzaju przebieralni. Okazuje się, że w trakcie spływu ktoś nam robił zdjęcia i teraz możemy je oczywiści kupić za niewielką kwotę. Zdjęcia wyglądają naprawdę profesjonlanie (to te wyżej), z pewnością będzie to świetna pamiątka, więc bez zastanowienia bierzemy. Zdjęcia można zgrać na pedrive’a, czyli nie trzeba nosić ze sobą papierowego zestawu.

Po spływie ruszamy w tajską dżunglę. Ma to być około godzinny spacer, niektórzy więc rezygnują i decydują się wrócić do samochodu i tam poczekać. Jak się okazuje trekking wcale nie jest wymagający, a większość czasu spędzamy nad wodospadem, w którym można się wykąpać. Mało tego, można z niego skoczyć, a raczej zjechać wprost do jeziorka. Wyobraźcie sobie, że znajduje się śmiałek, który to zrobi. Dowód poniżej.

Powrót przez dżunglę jest bardzo przyjemny, choć nieco inaczej to sobie wyobrażałam. Liczyłam na porządny godzinny marsz, przedzieranie się przez chaszcze, wspinanie pod górę i inne tego typu atrakcję, a tu zwyczajny lajcik, który w ogóle nie zmęczył.

2146.JPG 2148.JPG 2156.JPG 2165.JPG 2168.JPG

 

Po dniu pełnym wrażeń należy się porządny relaks. A co można zrobić w Tajlandii, żeby się dobrze odprężyć? Udać się na masaż! I tak właśnie robimy, podczas wieczornego spaceru wstępujemy na masaż stóp. Trafiamy do bardzo miłego salony z przesympatyczną panią masażystką, która cały czas zabawnie chichoczę. Godzinny masaż kosztuje 200 THB, czyli niecałe 20 zł.

2185.JPG 2186.JPG

9 Comments:

  1. Super, my jechaliśmy w dalszym etapie wędrówki na głowie słonia co było chyba bardziej wygodne:)

  2. Super, my w dalszym etapie wędrówki siedzieliśmy na głowie słonia, co było chyba bardziej wygodne:)

  3. Gdzie dokładnie odbywa się taka frajda?:)

    • Przejżdżka na słoniach wchodziła w pakiet wycieczki wykupionej w Chang Mai. Jak to miejsce dokładnie się nazywa, nie pamiętam. Natomiast warto dowiedzieć się, jak w takim miejscu traktuje się zwierzęta. My tego nie zrobiliśmy i był kac. Na pewno jest kilka miejsc, gdzie słonie mają w miarę dobrze. Słonie są naprawdę kochane, do tego łakomczuchy:) Pozdrawiam.

      • W wielu krajach azjatyckich są elephants camp ale trzeba sprawdzić jak one są tam traktowane! wasza wycieczka to nieporozumienie …i nie dziwi mnie że mieliście kaca. Mogłaś sobie chociaż zadać tyle trudu i podać na stronie info żeby nie korzystać z tego miejsca. Miejsce gdzie dba się o słonie to Elephant Nature Park, 1 Ratmakka Road Phra Sing Chiang Mai. Byłam w miejscu gdzie na moich oczach słoń został kilkakrotnie ukłuty i uderzony gdyż nie posłuchał się „pana opiekuna” a skóra słonia nie jest aż tak gruba. słonie które widziałam miały otwarte rany na szyi od noszonych łańcuchów. To wszystko było akurat na Sri Lance ale dzieje się również w Tajlandii. Proszę jeśli chcecie korzystać z tego typu usług upewnijcie się najpierw czy zwierzęta te tak słodkie i kochane jak napisałas nie są tam krzywdzone…nie tylko ładne zdjęcia i niska cena są ważne.

        • To prawda, powinnam podać miejsce, gdzie byłam, muszę odszukać notatki i ulotki, które stamtąd wzięłam. Podczas naszej wycieczki nic takiego nie miało miejsca, opiekun ani razu nie uderzył słonia, dużo nam o nim opowiadał, nasza czujność została uśpiona, a przyznaję, że wówczas jeszcze takiej świadomości nie miałam, jak teraz. Choć przyznaję, od razu widać, że masowo zwozi się tu turystów, by mogli swój tyłek posadzić na słoniu i potem pochwalić się egzotycznym zdjęciem. Nie wiem natomiast, jak zwierzęta są tam traktowane. Postaram się zgłębić temat. Dzięki za przypomnienie,

  4. Czy mogę prosić o informację, jak dotrę do tych cudownych miejsc?
    Jak mogę to zaznaczyć na mapie? Mam jeden dzień wolny w Chiang Mai :)

    Z góry dziękuje za pomoc!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>