Wieczór i nocleg w Arushy

Po całym dniu w Parku Tarangire na nocleg zjeżdżamy do Arushy, słynnej bazy wywpadowej na safari. Nocleg mamy zabukowany przez Josepha, ma być tanio, około 10 USD za osobę i rzeczywiście tak jest. Nocujemy w Arusha Backpackers Hotel. To bardziej hostel niż hotel, drugi taki sam znajduje się w Kilimandżaro.

W hotelu szerokim uśmiechem wita nas pan recepcjonista i od razu się nami zajmuje. Wskazuje wiszący nad jego głową cennik oraz informuje, jakie inne udogodnienia tutaj znajdziemy. Patrząc na ceny każdy z nas wybiera jedynkę, która kosztuje 12 USD ze śniadaniem, natomiast pokój dwuosobowy to koszt 22 USD. Dostajemy klucze i udajemy się na górę w poszukiwaniu naszych pokoi.

1512.JPG 1517.JPG 1514.JPG

 

Korytarze są ciemne, więc ciężko dojrzeć numer. Gdy w końcu udaje się namierzyć ten właściwy, okazuje się, że w drzwiach twki skobel, na którym wisi kłódka! Tak, drzwi są tutaj zamykane właśnie w ten sposób. Zapowiada się ciekawie. Przekręcam kluczyk i zdejmuję kłódkę, ręką szukam na ścianie włącznika światła, jest! To, co staje przed moimi oczami na chwilę mnie paraliżuje… niewątpliwie moje wyobrażenia odnośnie tego pokoju nie zgadzają się z tym, co widzę. Pokój jest tak wąski, że praktycznie, gdy rozłożę ręce, z każdej strony dotykam ściany. Mieści się tu łóżko i malutki stolik. Klaustrofobia murowana… za chwilę wbiega równie zaskoczona Kasia, by sprawdzić, czy tylko jej trafiła się taka klitka. Okazuje się, że większość jedynek właśnie tak wygląda, jedynie Jarkowi się poszczęściło, jego pokój jest nieco większy, ale to dlatego, że jest to on narożny. Może jednak te dwójki byłyby lepsze??? Czegoś tu jednak brakuje, nie ma moskitiery. Dla mnie to nie problem, bo mam swoją, ale reszta ekipy nie, więc zapada lekka konsternacja. Biegniemy na recepcję wyjaśnić sprawę. Pan tłumaczy, że nie ma takiej potrzeby, gdyż hotel regularnie spryskiwany jest środkiem przeciw komarom. I rzeczywiście, przez cały pobyt żadnego komara ani innego owada, czy to w powietrzu, na ścianie czy na podłodze, moje bystre oko nie dostrzega.

1537.JPG 1533.JPG

 

Skoro pokój już obejrzany, udajemy się dalej w poszukiwaniu łazienki. Na naszym piętrze są dwie. Pierwsze wrażenie nie jest może zbyt pozytywne, pomieszczenie nosi ślady długiego użytkowania, a kabiny nie zachęcają zbytnio do wejścia do środka. Kabin jest sporo i tak naprawdę są czyste, jak się potem okaże, wcale nie będzie tak źle. Woda jest nie tylko ciepła, ale wręcz gorąca, co dla mnie stanowi duży plus.

1519.JPG

 

Na samej górze na dachu znajduje się taras, a na nim restauracja oraz bar. Miejsce jest naprawdę klimatyczne, urządzone w afrykańskim stylu. Można sobie tu wieczorem posiedzieć i skorzystać z wifi, które całkiem dobrze działa. Pani kelnerka od razu mnie zagaduje i pyta, czy zostaniemy na kolację. My jednak jesteśmy już umówieni z Josephem, więc musimy odmówić, co czynimy z wielkim żalem, bo jedzenie pachnie i wygląda (tak, zaglądam ludziom do talerzy) naprawdę dobrze.

1521.JPG

 

Po krótkim odpoczynku spotykamy się z Josephem i jedziemy z nim na kolację. Joseph zabiera nas do lokalnej knajpki, gdzie jedzenie ma być dobre i żadnych rewolucji żołądkowych po nim być nie powinno. Do tego miejsca przychodzą lokalsi, jednak tacy nieco zamożniejsi, więc na 100% nie mamy się czego obawiać. Miasteczko nocą wygląda dość spokojnie, jednak turyści sami nie powinni się tutaj włóczyć, to w końcu Afryka, bywa niebezpiecznie.

Lokal nazywa się Milestone Park, no jakoś nie brzmi to afrykańsko, ale cóż, wyboru nie mamy. Już z parkingu słychać głośną muzykę. Wystrój w środku jest naprawdę przyjemny, coś w rodzaju góralskiej chaty. Stoliki ustawione są także na zewnątrz. Oczywiście ciężko się zdecydować, gdzie usiąść, najbardziej podoba nam się miejsce pod dachem, ale jest za głośno, więc ostatecznie lądujemy w ogródku, gdzie jest ciemno i za bardzo nie widać, co ląduje na talerzu.

1523.JPG

 

Obok naszego stolika grillowane są wielkie kawały mięsa, wołowina, wieprzowina, kurczak, do wyboru do koloru. Właśnie to poleca nam Joseph. Długo dyskutujemy z kelnerem, bo konkretnego menu nie ma. Po doświadczeniu z grillowaną gazelą, zamawiamy grillowaną świnkę oraz kurczaka, do tego jakąś zupę, ziemniaki i grillowane banany, z czego te ostatnie są tak naprawdę najlepsze i nadają się do pogryzienia, no oprócz ziemniaków. Wieprzowina znowu jest gumowata, a kurczak kościsty, próżno szukać na nim porzadnego mięsa. Chociaż pewnie to o wiele zdrowsza sztuka niż te z polskich sklepów faszerowane hormonami i antybiotykami. Ja się zadowalam się ziemniakami, bananem i piwkiem Kilimandżaro.

1530.JPG

Przy kolacji Joseph opowiada nam trochę o sobie, o tym co robił  i perpektywach na przyszłość. Nie chce wyjeżdżać z Tanzanii, bo tutaj jest jego dom, rodzina, przyjaciele. Ale nie wyklucza takiej opcji, jeśli okoloiczności go do tego zmuszą. Mówi, że każde z nas wygląda zupełnie inaczej, że musimy nosić w sobie niezłą mieszankę genów, i tak np. Gosia jest ze Finlandii, Kinga z Hiszpanii, Kasia z Irlandii, a ja z Włoch (no to ci dopiero!?).

Robi się późno, więc zaczynamy się zbierać. Jednak nie wychodzimy od razu, w lokalu ciągle gra muzyka, a na parkiecie (odbywają się tu afrykańskie dyskoteki) już pojawiają się pierwsze tancerki. To kelnerki, które niejako prowokują nas do tańca… zupełnie bez wysiłku pokazuję jak ruszają się czarnoskóre dziewczyny. No nijak teraz wyjść, rękawica rzucona, trzeba ją podnieść. Na parkiet wskakuje Kinga i ja, pokazujemy, że my białaski też co nieco na temat tańca wiemy. Impreza się rozkręca, jednak zmęczeni po całym dniu w końcu się zawijamy. Niestety dowodu na nasz taneczny pojedynek brak, mam nadzieję, że Jarek uwiecznił to swoją profesjonalną kamerą.

Noc mija w miarę spokojnie, choć budzę się kilka razy. Ponadto rano robi się bardzo głośno, odgłosy z ulicy wpadają przez nieszczelne okno. Z pomocą przychodza zatyczki, jednak wkładam je niezbyt starannie, żeby usłyszeć dzwonek budzika. Pobudka jest dość wcześnie. Na śniadaniu jesteśmy pierwsi. Do jedzenie są słodkie ziemniaki, banany, toasty oraz coś, co przypomina małe pączki. Do tego oczywiście herbata lub kawa.

20140909_070607.jpg 20140909_070729.jpg 20140909_070610.jpg

 

Z tarasu widać, jak miasto budzi się do życia. O tak wczesnej porze ulice są już pełne.

20140909_070500.jpg 20140909_070519.jpg 20140909_070526.jpg

 

Po śniadaniu i kolejnej dawce Malarone spakowani opuszczamy hotel. Było to niezwykle ciekawe doświadczenie, niemalże survivalowe;) Patrząc przez pryzmat afrykańskich warunków, hotel okazał się być naprawdę w porządku, a stosunek jakości do ceny bardzo dobry.

1539.JPG

Wejście do hostelu

 

Zgodnie z umową z hotelu Joseph wiezie nas na lotnisko. Przez szyby jeepa mamy jeszcze okazję zobaczyć nieco ulice Arushy. Ruch jest spory, bo oprócz samochodów pełno tu skuterów, a nawet rowerów. Ciągle nie możemy się nadziwić, dlaczego Tanzańczycy tak ciepło się ubierają o tej porze roku. Dla nas temperatury są letnie, dla nich to chyba zima, bo grube kurtki oraz czapki idą w ruch.

1542.JPG 1545.JPG 1547.JPG

 

Dojazd na lotnisko zajmuje nam 40 minut. Przyszedł w końcu czas podbić wyspę przypraw. Joseph dzwoni do swojego kolegi taksówkarza na Zanzibarze, który ma po nas wyjechać na lotnisko. Żegnamy się z Josephem i dziękujemy mu za cały pobyt. Lotnisko jest nieduże, ale całkiem ładne. Jak przebiegła podróż afrykańskimi liniami dowiecie się już w następnym poście.

1553.JPG

A na koniec dwie mapki, ma których zaznaczony jest hotel Backpackers Hotel w Arushy oraz w Kilimandżaro.

20141219_210859.jpg 20141219_210912.jpg

3 Comments:

  1. Fajny blog, przydatne informację, korzystałam z niego jak wybierałam się do Tanzanii i na Zanzibar na własna rękę. Nie umiem i nie mam czasu pisać bloga, dlatego nie opiszę mojej wyprawy. BYŁAM W LUTYM 2015 ROKU W TANZANII I NA ZANZIBARZE NA WŁASNĄ RĘKĘ Z GRUPĄ ZNAJOMYCH. Notowałam różne ceny i info w zeszycie, więc jeśli ktoś poturbuje porady prosze pisać na maila urszulakwapisz@op.pl w miarę możliwości odpiszę. W lutym 2014 roku byłam również na własną rękę w Tajlandji, więc jeśli trzeba tam tez pomogę. Pozdrawiam

  2. Witajcie! Dużo cennych informacji i opisów! Mam 2 pytania:
    - jak najlepiej chronić się przed sensacjami żołądkowymi?
    - jak najlepiej ubrać się na SAFARI?

    • Co do sensacji żołądkowych, to oczywiście myć często ręce, używać żelu antybakteryjnego do rąk, pilnować, by talerze oraz sztućce były dobrze umyte (choć to nie zawsze jest możliwe), jeść rzeczy poddane obróbce termicznej, unikać surowych warzyw mytych kranówą, podobnie z owocami, choć obrane ze skórki powinny być ok. Dobrze jest też brać probiotyk, najlepiej zacząć kilka dni przed podróżą oraz jeśli to możliwe, po posiłku (lub przed) walnąć sobie jakieś procenty, jeśli ma się je pod ręką.
      Co do ubioru na safari, kolory powinny być stonowane, najlepiej khaki, szare, beżowe, na pewno nie krzykliwe. Do tego długi rękaw i nogawki, buty zakryte, dobrze, jeśli da się w nie wpuścić spodnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>