Krótka wizyta w Kom, świętym mieście szyitów

Z Teheranu od razu ruszamy do Qom, świętego miasta szyitów. Zwiedzanie stolicy zostawiamy na koniec, choć jak się potem okaże, ze względu na święto Aszura, większość obiektów będzie zamknięta. To jednak nie sprawi, że będziemy się nudzić. Do Qom można dojechać zarówno pociągiem, jak i autobusem. My wybieramy tę drugą opcję. Odległość od Teheranu to 148 km, a podróż trwa około 2 godziny. Bilet kosztuje 70 000 riali, a za oknem można podziwiać piękne irańskie krajobrazy.

GALERIA

Jako że Qom to jeden z przystanków na trasie, autobus nie wjeżdża do miasta, a zatrzymuje się na obrzeżach, skąd trzeba dojechać do centrum. Zaraz po opuszczeniu autokaru obstępuje nas grupka mężczyzn, próbujących dowiedzieć dokąd zmierzamy i jak mogliby nam pomóc. Większość z nich nie mówi po angielsku, więc komunikacja jest dość utrudniona. Oczywiście, do grupy przyłaczają się także taksówkarze, oferując podwózkę nie tylko do centrum, ale i do kolejnych miast. W końcu udaje się dobić targu, tak się nam przynajmniej wydaje, i ruszamy w kierunku Qom. Przejazd do centrum kosztuje 60 000 riali. Wygląda na to, że pan taksówkarz nie do końca jest pewien, że dobrze zrozumiał, bo w kółko powtarza kilka nazw i dopiero, kiedy jesteśmy na wylotówce i widzę tablicę z nazwą Kashan, dociera do mnie, że jedziemy nie w tym kierunku, co trzeba. Krótki postój i ponowne tłumacznie. Zawracamy i wreszcie jesteśmy na właściwym kursie. Nasza radość nie potrwa jednak długo, gdyż za moment weźmiemy udział w naszej pierwszej stłuczce na irańskich drogach. Opuszczając rondo, tuż przed naszym nosem przejeżdża inny samochód, a że panuje tu zasada „ja na pewno nie ustąpię i pokaże jak się jeździ”, to nasz pan taksówkarz nawet nie próbuje dać po hamulcach, tylko brawurowo wjeżdzą w tył swojego konkurenta. Następnie wyłącza silnik i wysiada z auta, zostawiając nas na środku skrzyżowania. Pełna konsternacja… kiedy my siedzimy na tylnym siedzeniu samochodu, który zręcznie jest wymijany przez inne pojazdy, pan taksówkarz po drugej stronie ronda dochodzi w najlepsze swoich racji. Na szczęście po kilku minutach podjeżdża inna taksówka, która już bez żadnych „przygód” zawozi nas na miejsce.

Kom (Qom/Ghom) to drugie święte miejsce w Iranie, zaraz po Meszhedzie, miasto bardzo konserwatywne pod względem religijnym, cel pielgrzymek szyitów. Znajdują się tu także szkoły seminaryjne, instytuty badawcze islamu i wiele bibliotek. Przed wyjazdem dość często czytam o wrogich spojrzeniach, posyłanych tutaj w kierunku turystów z zepsutego Zachodu. Osobiście w ogóle nie odnoszę takiego wrażenia. Owszem, czuć podniosłę atmosferę, szczególnie w mauzoleum, ulice wypełnione są ludźmi w konserwatywnych strojach i to właśnie tworzy niesamowity klimat tego miejsca… kobiety chodzą ubrane w czarne czadory i długie płaszcze, zwane abajami, które to zakrywają całe ciało od szyi w dół. Mężczyźni także noszą abaje lub białe galabije.

Kom to także ważne dla Irańczyków miejsce pod względem historycznym. W 1978 roku wychuchła tu manifestacja w obronie nieoficjalnego przywódcy Chomeiniego, podczas której doszło do rozlewu krwi, a śmierć poniosło kilkaset osób. To wydarzenie uważane jest za początek irańskiej rewolucji, w wyniku której obalone zostały rządy szachinszacha Mohammada Rezy Pahlawi, który to zwał się wielkim reformatorem, a de facto wymordował irańską inteligencję i wprowadził ogólnie panujący terror.

Wysiadamy przy placu, na którym wznosi się meczet Imama Hassana. Budowla robi na nas ogromne wrażenie… do tego stopnia, że próbujemy zajrzeć do środka. Przed wejściem jednak pewien starszy pan próbuje nam coś wyjaśnić i wygląda na to, że turystom wstęp wzbroniony. Potwierdza to Iman, który wyrasta jak spod ziemi i nagle zasypuje nas tysiącem pytań w języku angielskim.

198.JPG 200.JPG 208.JPG 203.JPG

Iman wypytuje oczywiście o wszystko i nie kryje radości, że może sobie poćwiczyć swoje językowe umiejętności. Pracuje w Teheranie, ale pochodzi z Qom, oczywiście pada zaproszenie do jego domu, chętnie przedstawi nam swoją rodzięnę, a także pokaże miasto. Jako że naszym głównym celem jest mauzoleum Fatimy al-Masumy, grzecznie staramy się mu wytłumaczyć, że jesteśmy tu tylko przejazdem. Ostatecznie zostajemy odprowadzone pod samo wejście do mauzoleum, po wizycie którego mamy się udać na wspólną kolację.

212.JPG

Mauzoleum Fatimy al-Masumy znajduje się przy placu Astane, a wstęp do środka jest możliwy i jest bezpłatny, jednak do samego wnętrza mogą wejść jedynie muzułumanie. My możemy zajrzeć na dziedziniec. W zasadzie musimy obejść prawie cały budynek, by dotrzeć do właściwego wejścia, przeznaczonego tylko dla kobiet. Bagaże zostawiamy w przechowalni obok, zarzucamy obowiązkowe czadory i wraz z przydzieloną nam przewodniczką udajemy się środka.

Mauzoleum nosi imię siostry Imama Rezy i jest także miejsem jej pochówku, który miał prawdopodobnie miejsce w 816 roku. Fatima zachorowała podczas swojej podróży do Meszhedu, gdzie zamierzała odwiedzić swojeog brata. Dotarła do Qom i tutaj zakończyła się jej podróż. Według legendy, Imam Reza, zapytany o to, czy pielgrzymka do miejsca spoczynku jego siostry ma jakąś wartość, odpowiedział, że każdy, kto to uczni, pójdzie do nieba i tym sposobem mauzoleum stało się miejscem pielgrzymek wyznawców islamu.

223.JPG 225.JPG 229.JPG 233.JPG

Meczet składa się z trzech dziedzińców, trzech sal modlitewnych oraz komory grobowej. Powierzchnia oraz przestrzeń mauzoleum jest ogromna, może pomieścić bardzo dużą liczbę wiernych. Szczególną uwagę zwracaja ogromna złota kopuła, górująca nad całym meczetem. Atmosfera panująca na dziedzińcu robi ogromne wrażenie… z głośników płyną słowa modlitwy, ludzie gromadzą się w tym świętym dla nich miejscu po to, by wspólnie się pomodlić, spędzić razem czas.

247.JPG 237.JPG 244.JPG 243.JPG 245.JPG 249.JPG 258.JPG 264.JPG

Po wizycie w mauzoleum udajemy się po nasze bagaże, gdzie już czeka na nas Iman. Przed kolacją chcemy jeszcze kupić irańską kartę SIM, by mieć jako taki kontakt ze światem. Nasze karty nie działają, dodzwonić się nie można, a smsy nie dochodzą. Można by pomyśleć, że zakup takiej karty to nic trudnego. Niemniej, trzeba wiedzieć, gdzie taką kartę można dostać, bo nie ma tutaj dobrze nam znanych kiosków czy punktów prasowych. Co ważne, trzeba również posiadać kserokopię paszportu. Dzięki Imanowi, trafiamy do sklepiku z tzw. mydłem i powidłem i tutaj właśnie możemy dokonać zakupu. Do wyboru są różne pakiety w sieci Irancell: albo tylko na rozmowy i smsy (oczywiście można w ramach takiego doładowania korzystać i z Internetu, jednak wyjdzie drożej), albo pakiety z Internetem. My bierzemy ten drugi i za całość płacimy 200 000 riali. Takie doładowanie wystarcza mi na mniej więcej połowę wyjazdu.

Po zamontowaniu irańskiej karty Iman prowadzi nas prosto do lokalnej knajpki, gdzie wreszcie możem zjeść ciepły porządny posiłek. Nagle okazuje się, że o dwóch turystkach z Polski Iman zdążył już powiadomić swojego kolegę, który to dołącza do nas na kolacji. Prosimy Imana, by zamówił dla nas jakąś tradycyjną irańską potrawę, której nazwę próbuję zapamiętać, jednak potem kompletnie wylatuje mi z głowy. Danie składa się z wielkiego kopca ryżu oraz mięsa w sosie o dziwnym zielonkawym kolorze. Za całość z napojem płacimy 50 000 riali. Podczas kolacji jesteśmy ponownie wypytywane o wszystko, o to, czym się zajmujemy, o naszą rodzinę, o to jak jest w Polsce… pytań nie ma końca. To podobno tutaj normalne, o czym przekonamy się w kolejnych dniach podróży. Irańczycy są niezwykle spragnieni kontaktu z turystami, którzy ciągle są dla nich niezbyt często spotykanym zjawiskiem (choć to się powoli już zmienia). Chcą wiedzieć naprawdę wszystko, przez co czasem można odnieść wrażenie, że są niejako wścibscy. Nic bardziej mylnego… mimo że czasem, może się to już wydać nawet męczące.

270.JPG

Na dworze jest już ciemno, więc czas pomyśleć o dalszej podróży. Chłopcy ciągle starają się nas przekonać, abyśmy zmieniły plany i zostały choć jeden dzień w Qom. Twardo jednak obstajemy przy swoim, wymieniamy się numerami telefonów i umawiamy na spotkanie w Teheranie. Wieczorne miasto, a w szczególności plac Astane wypełnia się mieszkańcami. Wraz z rodzinami i znajomymi przysiadają niejako na chodniku i konsumują wieczorny posiłek.

Prosimy Iman o pomoc w złapaniu taksówki i ustaleniu kwoty, jaką powinniśmy zapłacić za przejazd na dworzec autobusowy. Cena to ponownie 60 000 riali, taksówką dojeżdżamy do miejsca, gdzie wysiadłyśmy z autokaru. Nie jest to dworzec, a coś w rodzaju przystanku przy głównej trasie, gdzie zatrzymują się autobusy. Na przystanku ponownie sami faceci. Od razu wzbudzamy zainteresowanie. Próbujemy tłumaczyć, że chcemy dostać się do Kaszan. W końcu za namową jednego z panów, zapewniającego, że jest to także bezpieczny środek transportu, wsiadamy do dzielonej taksówki, w której znajduje się już jeden pasażer i jedna pasażerka. Kobieta dołącza do nas na tylnim siedzeniu, a mężczyzna przesiada się do przodu. Za taksówkę do Kashan płacimy 75 000 riali od osoby. Droga mija oczywiścia na rozmowach o Polsce, Iranie i ponownie zostajemy wciągnięte w wir pytań. A w Kashan czeka już na nas Mahmood, u którego mamy zatrzymać się na CS.

276.JPG 279.JPG

Termin podróży: październik 2015

2 Comments:

  1. Ta potrawa nazywa sie Ghormeh Sabzi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>