Pierwsze kroki w Teheranie

W Teheranie lądujemy o 2:00 w nocy. Plan jest taki, aby wymienić pieniądze i taksówką pojechać prosto do hotelu, który, dzięki pomocy jednego kolegi z couchsurfingu, udało się zarezerwować… przynajmniej mamy taką nadzieję. Od razu po przejściu kontroli paszportowej udajemy się do kantoru, który znajduje sie na 1. piętrze. I uwaga, kurs dolara na lotnisku jest naprawdę bardzo dobry, w zasadzie najlepszy, po jakim udaje się nam wymienić pieniądze podczas całej podróży po Iranie. Zdecydowanie warto wymienić większą część. Kurs przedstawia się następuąco: 1 USD = 34 900 IRR. Tak, w Iranie można zostać milionerem… i to szybko:) Zamiast dwóch zielonych papierków, dostaję gruby plik dość porządnie wyświechtanych banknotów z niekończącymi się zerami.

20151011_032911.jpg

Co do waluty, to nie jest to takie proste. Można się nieźle zakręcić. Oficjalną walutą w kraju Persów jest rial i to właśnie on uczyni z nas prawdziwych bogaczy. Niemniej, pytając o cenę na ulicy czy w sklepie, usłyszymy „tomans”. Dlaczego? Otóż, sami Irańczycy w tych zerach się gubią i tak naprawdę nie przyjęli do końca reformy, która wprowadziła riale. Jeszcze do 1932 roku w Iranie, a raczej w Persji, oficjalną walutą był toman i sprawa wyglądała prościej, bo 1 toman to po prostu 10 riali. Jeśli więc chcemy sobie szybko przeliczyć, ile riali trzeba z portfela wyciągnąć, to trzeba się upewnić, że cena jest w tomanach (a na 99,9 % będzie, szczególnie jeśli wyda się nam zbyt niska) i potem obciąć jedno zero, czyli gdy ktoś rzuca 1000, to niestety na papierku musi być o jedno zero więcej, czyli 10 000 riali. A jeśli chcemy przeliczyć to szybko na złotówki, to wystarczy od podanej kwoty w rialach odjąć 4 zera i mamy koszt w złotówkach, oczywiście w przybliżeniu, bo kurs się waha.

Po zakupieniu lokalnej waluty, próbujemy namierzyć jakiegoś taksówkarza, oczywiście jak to zwykle bywa, to on namierza nas. Rzuca jakąś cenę z kosmosu i usilnie próbuje przekonać, że taki jest oficjalny cennik. My niewzruszone, znając cenę, jaką zapłacił Szwendalus, upieramy się przy swoim, po czym zostawiamy delikwenta i idziemy rozejrzeć się za uczciwym taksówkarzem. Pytamy znowu o cenę.. i znowu nieco więcej niż miało być. Nim jeszcze zdążymy się potargować, jak spod ziemi wyrasta poprzedni pan i tym razem rzuca cenę o wiele niższą. Dopytujemy się, potwierdzamy, czy oby na pewno dobrze rozumiemy, tak tak… i prowadzi nas bocznym wyjściem gdzieś na poziom -1. Gdzieś tak w połowie drogi okazuje się, że cena podana jest w tomanach, a więc de facto ktoś nas robi w jajo. O nie! Koniec tej zabawy. Wracamy do hali głównej i uzgadniamy cenę na 650 000 riali za przejazd pod sam hotel. Jak się potem okazuje, jest to oficjalny kurs, a ceny od 2013 po prostu poszły w górę. Niemniej ten pierwszy gość chciał nas niewątpliwie naciągnąć, gdyż cena rzucona przez niego to było 850 000, a wcześniej nawet 1 000 000 riali.

HOTEL KHAZAR SEA

Pan taksówkarz podwozi nas pod sam hotel. Będąc już prawie na miejscu nieco kluczymy wąskimi uliczkami i nie możemy trafić na właściwy szyld. W końcu dajemy panu taksówkarzowi numer telefonu i ten dzwoni bezpośrednio do hotelu, co przynosi zamierzony efekt. Khazar Sea znajduje się w południowej części Teheranu, która może nie jest najpiękniejsza i może straszyć, szczególnie w nocy, jednak jak się potem okazuje, w dzień wcale nie wygląda aż tak źle. Tutaj znajduje się najwięcej tanich hoteli oraz hosteli. Czerwony neon przy wejściu oznacza, że jesteśmy na miejscu. Pan taksówkarz wchodzi z nami do środka i tłumaczy coś w farsi panu gospodarzwi. Okazuje się, że rezerwacja jest, bez tego szansy na wolny pokój by nie było. Dostajemy klucz, płacimy 600 000 riali za dwójkę i zaszywamy się w pokoju. Hotel w pierwszym momencie robi na nas niezbyt miłe wrażenie, choć potem się okaże, że jest tu naprawdę przyjemnie, a właściciele są fantastyczni. Tak naprawdę dostajemy trójkę na parterze, miejsca jest więc sporo. Jest nieco obskurnie, jednak czysto. Na łóżkach leżą grube koce, co jest standardem w niskobudżetowych miejscach. Koce oczywiście nie są obleczone, więc jeśli ktoś nie jest w stanie spać pod takim przykryciem, powinien wziąć ze sobą prześcieradło w formie śpiwora. W pokoju znajduje się lodówka oraz umywlka, co akurat jest świetnym rozwiązaniem. Okno również jest, jednak wychodzi na dziedziniec, a w oknie wisi zasłona. Jesteśmy wykończone, z jednej strony ogromna radość, że doatarłyśmy na miejsce, z drugiej totalne zmęczenie i brak sił na toaletę, tym bardziej, że do łazienki trzeba się pofatygować na zewnatrz. Na szczęście ciepła woda jest, co wcale nie musi być takie oczywiste. Grubo po 3:00 w nocy nastawiamy budzik i odpływamy. Budzika jednak wcale nie słyszymy i wstajemy dopiero ok. 11:30. Mamy tylko 30 minut do wymeldowania. Szybkie pakowanie i opuszczamy hotel.

162.JPG

W twarz bucha nam gorące powietrze i spaliny, unoszące się w powietrzu, których stężenie grubo przekracza tu normy. Wiemy, że musimy dojść do metra, by dojechać do południowego dworca autobusowego Terminal-e-Jonoub, skąd odjeżdżają autobusy do Qom. Puste uliczki, jakie widziałyśmy w nocy, są teraz nie do poznania. Sklepy, sklepiki, głównie z oponami i tym podobnym sprzętem, motycykle zaparkowane na chodniku oraz te, które próbują nas stratować, choć jakoś w ostatniej chwili zręcznie nas omijają. Gwar, huk i palące słońce. Kinga pędzi jak szalona, bez śniadania, ale za to z porządnym kopem adrenaliny próbuję nie zgubić w tłumie jej czerwonej chustki. Musimy zlokalizować naszą pozycję. Przy skrzyżowaniu zagaduje nas pewien Irańczyk i próbuje pomóc. Standardowo przyłącza się kolejny i w końcu się okazuje, że musimy zawrócić, choć przeszłyśmy już spory kawał.

To, co jest prawdziwym wyzwanien na teherańskich, zresztą i nie tylko, drogach, to przejście na drugą stronę ulicy. Przeważnie przejść dla pieszych nie ma i trzeba manewrować między z każdej strony nadjeżdżającymi pojazdami. To, jak radzą sobie z tym Irańczycy, to istne mistrzostwo świata! Dla mnie za każdmy razem jest to ogromny stres i nie raz, mam wrażenie, że ledwo z życiem uchodzę. Rada od miejscowego: zamknij oczy i idź:) Kierowcy przecież posiadają mistrzowskie umiejętności hamowania w ostatniej chwili oraz omijania przeszkody. Patrząc na to, co się dzieje na irańskich ulicach, to faktycznie coś w tym jest, jednak stłuczki czy kolizje też są na porządku dziennym, o czym możemy się osobiście przekonać. Zresztą każdy samochód ma jakieś wgniecenie, obicie czy braki w karoserii.

165.JPG

Ruch uliczny właśnie tak wygląda, z tym że normalnie nie ma świateł i trzeba tę falę samochodów wymieszanych z motocyklami pokonać zręcznie manewrując pomiędzy.

W końcu udaje się nam dotrzeć do stacji metra Imam Khomeini, gdzie przecinają się dwie linie 1 i 2. Oprócz północnej dzielnicy Darband, to właśnie metro jest tym, co podoba mi się w Teheranie najbardziej. Jednorazowy bilet kosztuje 6000 riali, w ramach tego biletu można zmieniać linie. Bilet zakupimy albo w automatach, albo w kasie przy wejściu na perony. Do przejechania mamy 5 stacji.

166.JPG

W metrze jest podział na wagony mieszane oraz tylko dla kobiet. To panie mogą wybrać, w którym chcą podróżować. Wagony tylko dla kobiet znajdują się na początku oraz na końcu składu. Oczywiście wsiadamy właśnie do takiego. Jest to pora szczytowa, więc i tłum odpowiedni. Cały wagon wypełnia się czarnymi czadorami, jesteśmy jedynymi kobietami, ubranymi kolorowo, więc mamy nieodparte wrażenie, że dość konkretnie zwracamy uwagę. Niemniej, wzrok spod czadorów wcale nie jest nieprzyjazny, wręcz przeciwnie, Iranki często posyłają nam swoje szerokie uśmiechy. W pewnym momencie zaczyna się małe zamieszanie, ktoś coś krzyczy, ktoś się przepycha… nagle nad głowami wędrują skarpetki, biustonosze i kobiece ozdoby do włosów, a wagon metra zmienia się w istne targowisko. Oczom nie wierzę… próbują to wszystko nagrać, niemniej ścisk jest taki, że ciężko utrzymać aparat w jednej pozycji. Jak się potem okazuje, w mieszanej części również się handluje, z tym że bardziej męskimi rzeczami.

4043.JPG

Po opuszczeniu metra, udajemy się prosto na dworzec, co ułatwia nam podzimne przejście, prowadzące wprost do naszego celu. Dworzec jak dworzec, spory budynek, a przed nim zaparkowane autokary. W zasadzie nie musimy szukać żadnego punktu Informacji, gdyż przy każdym autokarze stoi pan „nawoływacz” i głośno wykrzykuje docelową miejscowość. I tak się składa, że autobus do Qom odjeżdza za 15 minut. Próbujemy zapamiętać numer stanowiska, z którego odjeżdża (tak, warto nauczyć się cyfr w farsi) i udajemy się jeszcze po zakup czegoś na śniadanio-obiad. Okrążamy prawie całą halę i większość to sklepiki z artykułami spożywczymi. Trafiamy na jedną budkę z kebabem, jednak kolejka jest tak długa, że odpuszczamy. Kupujemy jakieś słodkie bułeczki i wodę, i z tym biegniemy do autobusu. Bilet do Qom kosztuje 70 000 riali. Nie jest to VIP (co zdecydowanie polecam na nocne przejazdy), niemniej na tak krótki odcinek komofort jazdy jest wystarczający.

169.JPG

Podróż trwa około 2 godziny, a za oknem pojawią się takie widoki…

175.JPG 177.JPG 179.JPG

Na tym wrażenia tego dnia się nie kończą, niemniej o tym, co dzialo się w Qom opowiem w kolejnym wpisie.

Termin wyjazdu: październik 2015

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>