Oman plan dwa tygodnie
Oman

Plan na Oman, czyli dwa tygodnie w krainie kadzidła

Wiele osób do Omanu wpada przy okazji wizyty w Emiratach, a co za tym idzie jest to często dość krótki pobyt. Pięć dni czy nawet tydzień to, moim zdaniem, zdecydowanie za mało, bowiem kraj ten ma do zaoferowania naprawdę bardzo dużo i jest, wbrew pozorom, zróżnicowany. Dlatego z całych sił będę Was zachęcała do spędzania przynajmniej dwóch tygodni w krainie kadzidła i fortów. Poniżej znajdziecie mój plan podróży wraz z krótkimi filmikami, które, mam nadzieję, przekonają Was do słuszności takiej decyzji.

DZIEŃ 1 – MASKAT

Oczywiście podróż rozpoczynamy w Maskacie, na który przeznaczamy dzień, a tak naprawdę pół dnia po wylądowaniu oraz pół dnia nazajutrz. W związku z zagubieniem naszych bagaży czas po przylocie znacznie się nam skraca, więc słynny suk Mutrah zostawiamy sobie na koniec i dobrze, bo właściwie tu robimy największe zakupy z pamiątkami… a jest co kupować:) Pierwszego dnia jedziemy do Palacu Sułtana (Qasr Al Alam) oraz kręcimy się przy bulwarze Corniche. W okolicach pałacu wznoszą się pozostałości po dwóch portugalskich fortach Al Mirani oraz Al Dżalani, zwane Bliźniaczymi. Pałac nie jest udostępniony zwiedzającym, więc można go podziwiać jedynie przez bramę.

DZIEŃ 2 – MASKAT / BIRKAT AL MOUZE

Drugiego zaś dnia przed opuszczeniem stolicy udajemy się do Wielkego Meczetu Sultana Qaboosa, miejsca które koniecznie trzeba zobaczyć, będąc w Maskacie. Już z ulicy robi ogromne wrażenie, z bliska zaś zachwyca, czaruje, wręcz powala… architektura w takim wydaniu to po prostu mistrzostwo, zarówno piękno jak i precyzja. Otoczony kwiatami oraz palmami oszałamia przepychem, zdobieniami w formie przeróżnych motywów. Wstęp jest bezpłatny, ale uwaga, meczet otwarty jest do godziny 11:00 od soboty do czwartku, w piątek oczywiście zamknięty. My do środka wchodzimy 15 minut przez zamknięciem, niemniej zostajemy tam ponad godzinę. Nie ma wypraszania o 11:00, można zostać sporo dłużej i nie ma problemu z wyjściem.

Z meczetu ruszamy w kierunku rejonu Nizwa. Po drodze zatrzymujemy się w wiosce Birkat Al Mouz, gdzie kręcimy się chwilę po gaju palmowym oraz po ruinach starej wioski o tejże nazwie. Punkt widokowy na ruiny wioski obowiązkowy. Wjazd znajduje się przy głównej trasie, nie jest zbyt dobrze oznaczony. Jest to po prostu górka, przy której mieści się czyjś dom, na którą można wjechać samochodem 4×4. Lepiej jednak zaparkować przy zabudowaniach i przejść się na piechotę. Do namierzenia punktu polecam MAPS.ME.

Na wieczór dojeżdżamy do Nizwy, a w zasadzie w jej okolice, gdyż nocleg zabukowany mamy w małej miejscowości tuż obok.

DZIEŃ 3 – NIZWA / BAHLA

Ten dzień spędzamy oczywiście w Nizwie oraz jej okolicach. Najpierw swoje kroki kierujemy do słynnego fortu w centrum starego miasta. Wstęp niestety nie jest tani. Odkąd twierdza przeszła w prywatne ręce opłata została podniesiona z 0,5 OMR (ok. 5 zł) aż do 5 OMR (ok. 50 zł), co jest znaczą różnicą. Widać, że nowy właściciel włożył w ten obiekt spore fundusze, został on odnowiony i odrestaurowany. Niektórzy przez kosztowny bilet rezygnują ze zwiedzenia wnętrza budowli, choć osobiście uważam, że zdecydowanie warto. Dodatkowo można tu obejrzeć tradycyjne omańskie tańce w męskim wykonaniu oraz zakupić kilka pamiątek (nie tych z oficjalnego sklepiku), a od pań, przesiadujących w niektórych pomieszczeniach. Ceny naprawdę dobre, mam nadzieję, że i jakość także. Na terenie fortu można także spróbować tradycyjnego omańskiego „chlebka”, który tak naprawdę bardziej przypomina wielkie naleśniki.

Drugą części dnia spędzamy w forcie Bahla, oddalonym od Nizwy o 50 km. Kolejne miejsce z serii „to trzeba zobaczyć”. Owa twierdza ma zupełnie inny klimat niż ta w Nizwie. Malowniczo położona, nie została odnowiona, więc czuć tu ducha dawnych czasów. Obiekt jest ogromy, więc na zobaczenie całości potrzeba około dwóch godzin. Całość stanowi niejako labirynt ze schodkami oraz krętymi przejściami i aby zwiedzić wszystkie zakamarki, trzeba trochę pokrążyć. Wstęp kosztuje 0,5 OMR, a więc tylko 5 zł.

W pierwotnym planie mamy jeszcze fort w Jabrin. Jednak rezygnujemy z tego punktu i wracamy do Nizwy na słynny suk, który zamykany jest o 13:00, a otwierany ponownie o 16:00. Tutaj spędzamy popołudnie oraz wieczór, kończąc go obfitą kolacją w jednej z knajpek w okolicach suku oraz świeżo wyciskanymi sokami w jednej z kawiarenek już na targu. Po drodze z Bahli do Nizwy odwiedzamy jeszcze ruiny wioski Tanuf.

DZIEŃ 4 – JEBEL SHAMS

Z Nizwy ruszamy w góry w kierunku Jebel Shams. Po drodze wstępujemy do jaskini Al Hoota. Chyba to jedyny punkt programu, który moim zdaniem, można sobie darować. Sama jaskinia i owszem, piękna. Niemniej czas w niej spędzony kompletnie nie jest adekwatny do ceny biletu, która wynosi aż 6,5 OMR (62 zł). Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, który z niezwykłą prędkością wyrzuca z siebie komentarze na temat danych formacji, przez co czasami ciężko zrozumieć, co tak naprawdę powiedział. Tempo zwiedzania jest również dziarskie, nie ma więc czasu na spokojnie podziwianie tego, co dookoła. Ogólne wrażenie nie jest więc pozytywne, jak w przypadku niesamowitej jaskini w Iranie Ali Sadr.

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest stara wioska Misfat al Abriyyin, w której to ciągle toczy się życie. Dlatego też należy się tu dostosować do panujących zwyczajów, o czym przypominają tablice informacyjne. Zakryte ramiona oraz nogi to podstawa.

Z Misfat al Abriyyin kierujemy się już do naszej kwatery w pobliżu Jebel Shams. Po drodze robimy klika przystanków na punkty widokowe. Do samego Jebel Shams samochodem bez napędu 4×4 nie dojedziemy, jest bramka, więc nawet nie ma co próbować. Natomiast w okolice noclegów w Dar as Sawda, damy radę. Droga jest co prawda szutrowa, nie zawsze równa, ale z odpowiednią prędkością do zrobienia. Na nocleg zjeżdżamy do Sama Heights Resort.

DZIEŃ 5 – WIELKI KANION

W tym dniu wybieramy się na półdniowy trekking po Wielkim Kanionie. W okolicy mamy trzy oznakowane trasy, więc spokojnie można spędzić tu parę dni. Jeśli chcemy zdobyć sam Jebel Shams, możemy to zrobić albo na piechotę, zajmie to na pewno cały dzień od świtu do zmierzchu lub na spokojnie dwa dni, albo wjechać na szczyt samochodem 4×4. Tak naprawdę na samym szczycie znajduje się baza wojskowa i wstęp jest wzbroniony. Natomiast kilka metrów niżej znajduje się inny szczyt, dostępny dla wszystkich chętnych. My aż tyle czasu nie mamy, a i na samym Jebel Shams kłębią się ciemne chmury deszczowe, pakować się w takie warunki nie chcemy. Wybieramy trasę W6, najbardziej spektakularną, zwaną Balcony Walk lub Rim Hike, prowadzącą wnętrzem kanionu po półkach skalnych z wioski Al Khitaym do opuszczonej wioski Al Sab. Trasa nie jest tak naprawdę wymagająca, nie ma na niej ogromnych przewyższeń ani łańcuchów. Za to są sympatyczne kózki, które czasem wskakują na drzewa.

Po trekkingu opuszczamy hotel i udajemy się na nocleg do Al-Hamry. Zbyt dużo czasu do zachodu słońca nie mamy, więc krótki odpoczynek, kolacja i spać.

DZIEŃ 6 – AL HAMRA

Skoro Al-Hamra, to koniecznie stara jej część. Dzień zaczynamy od zwiedzania starej opuszczonej części wioski. To najlepiej zachowana wioska tego typu, jaką odwiedzamy, do tego największa. To tutaj w jednym ze starych domów znajduje się żywe muzeum Bait Al Safah. Do końca nie wiemy, czego mamy się spodziewać i chyba przez to zostajemy bardzo pozytywnie zaskoczeni. Można tu zobaczyć, jak w tradycyjny sposób wypiekano niegiedyś chleb, tłoczono olejki czy przygotowywano maści szafranowe. W jednym z tradycyjnie urządzonych pokoi na gości czeka kawa z kardamonem i daktylami oraz imbirowa herbata. Czekają także tradycyjne stroje, w które można się przebrać. Wszyscy są niezwykle mili i z chęcią odpowiadają na wszystkie pytania. Wstęp płatny, niemniej warto.

Z Al-Hamry udajemy się w stronę wyspy Masirah. Naszym celem jest dotarcie do portu w Shannah i złapanie ostatniego promu, który odpływa o 17:00. Na miejsce docieramy na czas, niemniej okazuje się, że wszystkie bilety są już wyprzedane. Jednak jeśli nie wszyscy się zjawią, jest szansa, że nas zabiorą. Oprócz nas czeka jeszcze jedna para turystów. I rzeczywiście, wolnych miejsc jest sporo, więc mamy szczęście. W Shannah prawie przy samym porcie jest jeden hotel, więc w razie czego można przenocować. Warunki raczej średnie, ale na jedną noc nie powinno mieć to większego znaczenia.

Po dopłynięciu na Masirah udajemy się prosto na kemping, do którego, jak się okazuje, po ciemku nie tak łatwo trafić. Jedziemy poniekąd na ślepo, nie znając kompletnie terenu, drogi nie ma. Telefon do obsługi ułatwia nieco sprawę.

DZIEŃ 7 – MASIRAH

Cały dzień spędzamy na wyspie Masirah. Objazd zaczynamy od miasteczka Dhuwwah, gdzie zajeżdżamy na śniadanie. Następnie ruszamy na wschód wyspy i to jest świetna decyzja, bowiem po tej stronie znajdują się najpiękniejsze plaże. Teren powoli staje się górzysty i właśnie wśród wzniesień znajduje się długa piaszczysta plaża, do której trzeba kawałek przejść bardzo piaszczystą drogą. Plaży nie widać z drogi, więc można przegapić. Z trasy widać natomiast inną, śnieżnobiałą plażę z białymi wydmami. Miejsce wprost bajkowe! Woda krystalicznie czysta, lazurowa, bez fal… można się tu zaszyć na cały dzień i mieć to miejsce tylko dla siebie. Jadąc dalej docieramy do kolejnej, jakże różnej od swej białej poprzedniczki. Piasek jest żółty, wręcz pomarańczowy, więcej tu skał, większe fale. To na tej plaży zobaczyć można żółwie. Na kemping ponownie docieramy po zmroku, zahaczając jeszcze o miasteczko portowe, bowiem nigdzie poza nim żadnych jadłodajni nie uświadczymy.

DZIEŃ 8 – MASIRAH / AL KAMIL

Dzień zaczynamy od spaceru brzegiem naszej plaży kempingowej. Rano jest duży odpływ, woda ucieka bardzo daleko, więc kąpiele są niemożliwe. Spacer zajmuje nam dobrą godzinę, docieramy na plażę, gdzie rybacy mają swój punkt na połów. Zapach… cóż, jak to w takim miejscu, bardzo rybny. Kręcimy się chwilę i jako, że czas nas goni, wracamy. Jakie jest nasze zdziwienie, gdy na naszych oczach woda zaczyna wracać do brzegu. Stopniowo lazur zmieszany z turkusem przybliża się coraz bardziej, tworząc niezwykle malowniczy obrazek. Kiedy opuszczamy kemping, woda jest już przy samym brzegu… ogromna szkoda, że nie możemy zostać dłużej. Gdybym teraz układała plan, na Masirah z pewnością przeznaczyłam przynajmniej całe dwa dni.

W porcie ponownie mamy szczęście, bowiem trafiamy na prom lokalny, który za chwilę odpływa do Shannah. Jako że lokalny, to i sporo tańszy. Dalsza nasza podróż odbywa się w kierunku Al-Kamil, gdzie mamy zabukowany nocleg. Trasa prowadzi wzdłuż wybrzeża, jest niezwykle malownicza, szczególnie przez wysokie białe i pomarańczowe wydmy. Nawierzchnia jest bardzo dobra, po drodze mijamy kilka wiosek, gdzie również można zatrzymać się na jedzenie, choć akurat na tej trasie nie korzystamy.

DZIEŃ 9 – WADI BANI KHALID / WAHIBA SANDS

W Al-Kamil jest jedno miejsce, które koniecznie chcę zobaczyć, niemniej zostawiam je sobie na później, będziemy bowiem przejeżdżać tędy w drodze do Sur. Po śniadaniu udajemy się do słynnej Wadi Bani Khalid. Wbrew pozorom dojazd zajmuje trochę czasu, zwłaszcza, że źle skręcamy i zamiast do wadi, dojeżdżamy do wioski Bani Khalid. Dzięki temu trafiamy na przepiękny teren z kolorowymi górami, który aż się prosić o dłuższe zeksplorowanie, niestety nie mamy na to czasu. W wadi spędzamy ponad godzinę, choć spokojnie można tu spędzić i cały dzień. Jest tu infrastruktura w postaci restauracji oraz toalet, są i ludzie. Jednak cóż się dziwić, skoro to tak piękne miejsce. W naturalnych basenach można się pluskać bez końca.

Z wadi ruszamy dalej w kierunku pustyni Wahiba Sands. O 16:00 jesteśmy bowiem umówieni w miejscowości Bidiyah z pewnym Beduinem, który ma nas zabrać swoim 4×4 do swojego obozu. I rzeczywiście przyjeżdża, ale nie on, a jego znajomy. Zostawiamy nasze auto na parkingu i ruszamy z naszym kierowcą. Jak się okazuje trafiamy do fantastycznego kameralnego obozu beduińskiego, położonego przy przepięknych wydmach. Zresztą cały pobyt jest dla nas jednym wielkim pozytywnym zaskoczeniem, jesteśmy zachwyceni zarówno naszym panem gospodarzem, jaki i samym miejscem. Popołudnie oraz wieczór spędzamy na zdobywaniu wydm na bosaka, słynnym „dune bashing”, pysznej kolacji oraz wesołym ognisku.

DZIEŃ 10 – WAHIBA SANDS / SUR

Skoro  jesteśmy na pustyni, to nie możemy przegapić wschodu słońca. Wstać nie jest łatwo i na początku wydaje się, że nic specjalnego z tego nie będzie, chmury lub swego rodzaju mgła jest tak gęsta, że widoków brak. Jednak gdy słońce podnosi się nieco wyżej, mgła zaczyna opadać, opada w ten sposób, że o to my na szczycie wydm jesteśmy ponad nią. Jeden z najpiękniejszych wschodów słońca, jakie widziałam! Po śniadaniu czeka nas jeszcze karmienie małych wielbłądów, karmienie oraz dojenie kóz.

Z pustyni ruszamy w kierunku Sur. Tak, jak wspomniałam, zatrzymujemy się jeszcze w Al-Kamil, a to dlatego, że chcemy wstąpić do pewnego niezwykłego miejsca. Old Castle Museum, które kryje w sobie niezwykłą kolekcję sprzętów oraz przedmiotów różnego użytku. Właściciel tego obiektu, szejk Khalfan Al Hashmi, to prawdziwy pasjonat. Historia tego miejsca jest niesamowita. Jego pradziadek był właścicielem 250-letniego zamku, który następnie przekazał rządowi. Pod obecnym sułtanem Qaboos zamek wyremontowano, a następnie oddano ponownie rodzinie Al Hashmi. Obecny właściciel mieszka w zamku i to on rozpoczął zbieranie antyków, a co za tym idzie ozdabianie pokoi swoimi znaleziskami. Po zamku oprowadzi Was przewodnik, jednak jeśli właściciel jest w tym czasie obecny, z pewnością ugości Was kawą i opowie o swojej pasji. Tak było w naszym przypadku. Na spotkaniu odbyła się także swoista lekcja arabskiego. Dowiedzieliśmy się więcej o rodzinie szejka i jak się okazało, ma on pewne relacje także z Polską. Jakie? Musicie sami tu przyjechać, by się o tym przekonać.

Późnym popołudniem docieramy do Sur. Jako że głód zagląda nam ostro w oczy, pierwsze kroki kierujemy w poszukiwaniu dobrej jadłodajni. I tak mija nam popołudnie, tak że czasu wystarcza jedynie na wieczorny objazd miasta. Jest tu kilka rzeczy do zobaczenia, między innymi fort, manufaktura szkutnicza, gdzie buduje się łodzie dhow oraz latarnia i pozostałości po zamku, skąd rozciąga się piękny widok na zatokę i miasto. W planach pierwotnie mamy także rezerwat Ras al-Jinz, gdzie można wybrać się na obserwację żółwi. Niestety nie jest to „żółwiowy” sezon i szanse na ich zobaczenie są niewielkie, za to opłata spora. W związku z tym rezygnujemy.

Jak się potem okaże, do Sur jeszcze wrócimy.

DZIEŃ 11 – WADI TIWI / WADI SHAB

W tym dniu w planach mamy odwiedzenie dwóch wadi: Wadi Tiwi oraz Wadi Shab, do tego White Beach w Fins oraz Bimmah Sinkhole, a na noc mamy zjechać na kemping Jebel Sifah, położony na samej plaży. Cóż, plany planami, a nieprzewidziane komplikacje sobie.

W większości wpisów czytam, że wjazd do Wadi Tiwi tylko samochodem 4×4, choć są i takie, które sugerują, że i zwykłym można dać radę. Zatem spróbować musimy. Droga staje się coraz węższa i kręta, coraz bardziej stroma. W niektórych miejscach mijanie niemożliwe, trzeba kombinować. Z zazdrością patrzymy na auta z napędem na cztery koła, śmigające tą drogą. Dojeżdżamy tylko do pewnego momentu, gdyż nie mamy pewności, czy damy radę dalej. Przejście na piechotę w takiej spiekocie to wyczyn, ale i z pewnością uszczupli nam czas, którego dziś za dużo nie mamy. Na końcu znajduje się podobno punkt informacji, gdzie można wynająć przewodnika, który zaprowadzi nas do naturalnych basenów. Gdybym teraz miała układać plan, na dwie wadi Tiwi i Shabs przeznaczyłabym cały dzień.

Z Tiwi ruszamy w kierunku Wadi Shabs. Tutaj widać, że miejsce bardziej oblegane. Samochód zostawia się na parkingu i resztę drogi pokonuje się na piechotę, no oprócz przepłynięcia na drugą stronę rzeki. Trekking nie jest zbytnio wymagający, natomiast słońce bardzo ostre i męczące. Na końcu czekają na nas naturalne baseny, w których kąpiel jest podobno zabroniona, niemniej nikt tego tu nie przestrzega. W jednym z basenów znajduje się podwodne przejście do pięknej jaskini.

Po powrocie na parking czeka na nas niemiła niespodzianka. Przednia szyba naszego samochodu zostaje uszkodzona. Z mostu, pod którym parkujemy, spada gruba śruba i to akurat wprost na nasze auto. I zaczyna się… telefon do wypożyczalni, na policję, która o dziwo, bardzo szybko przyjeżdża. Niestety musimy wracać do Sur, by spisać protokół szkody i dostać wszelkie potrzebne kwity dla wypożyczalni. I tak oto do Sur jedziemy pod eskortą omańskich policjantów. Nocleg na kempingu odwołujemy, właściciel jest tak miły, że żadnych opłat nie nalicza.

DZIEŃ 12 – WHITE BEACH / BIMMAH SINKHOLE

Rano z Sur ruszamy ponownie w tym samym kierunku, co poprzedniego dnia. Tym razem pierwszy przystanek robimy na White Beach, która biała dawno już nie jest. Kiedyś plażę pokrywał miękki biały piasek, który został zdmuchnięty, odsłaniając małe kamyczki. Plaża, jak i cały ten teren, jest bardzo malownicza, to bardzo popularne miejsce na kemping.

Kolejnym przystankiem jest Bimmah Sinkhole, to coś w rodzaju cenoty, wielka dziura w ziemi, stanowiąca naturalny basen. Wstęp bezpłatny. Chętnych na orzeźwiającą kąpiel oraz niebezpieczne popisowe skoki do wody całkiem sporo.

W drodze do Maskatu planujemy podjechać na kemping, na którym mieliśmy nocować poprzedniej nocy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zmyłka, jaką serwuje nam mapa Google. Na mapie widnieje piękna prosta droga wprost przez góry. Do tego manager hotelu w Sur również potwierdza, że spokojnie nią przejedziemy naszym autkiem. I do tej pory nie wiem, czy źle skręciliśmy, czy to była właśnie ta droga, stanowiąca jedno wielkie pustkowie bez widocznej trasy. Przejeżdżamy mały kawałek, przystanek na zdjęcia i inne potrzeby i zawrotka. Dalej jedziemy główną drogą w kierunku Maskatu, odbijając w na Ruwię. Trasa prowadzi wybrzeżem, docierajmy aż do wioski As Sifah. Ładnych plaż tutaj nie uświadczycie, z wyjątkiem cypelka, na którym znajduje się strefa drogich hoteli, na teren których nie wjedziecie.

DZIEŃ 13 – FORT NAKHL / SUK MUTRAH

Na ten dzień są dwa pomysły: albo wycieczka na wyspy Daymaniyat albo zwiedzanie kolejnych fortów Nakhl oraz Rustaq. Jako że miejsc na Daymaniyat Islands już nie ma, zostaje opcja druga. Tak naprawdę pierwsze pół dnia spędzamy na suku Mutrah, zaopatrując się we wszelakie pamiątki: olejki, perfumy, chusty i kadzidło. Drugie pół na zwiedzaniu fortu Nakhl i okolic. Do fortu Rustaq już nie udaje się nam wejść do środka, jednak sama wioska, w której się on znajduje jest warta zobaczenia.

DZIEŃ 14 – POWRÓT DO POLSKI

Tego dnia pełni wrażeń wracamy do Polski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *