Owocowy szok oraz złote świątynie, czyli czym wita nas Bangkok pierwszego dnia

Złoty blask, że aż razi, kadzidełka, kwiaty, grzechotki oraz jakiś taki błogi spokój, że człowiek mógłby tam przesiadywać godzinami. Coś unosi się w powietrzu i chcesz zwolnić, usiąść i wyciszyć się na moment. Obserwujesz ludzi, którzy się modlą, uderzają w gong lub zawieszają na drzewkach prawdziwe banknoty, których nikt nie tyka…. u nas nie do pomyślenia:) Takie są buddyjskie świątynie, których w Bangkoku jest mnóstwo, tych najbardziej znanych jest dzwięć. Nie sposób zwiedzić je wszystkie jednego dnia, nam udało się dotrzeć do tych największych i najbardziej znanych. Ważne: przed wejściem należy zdjąć buty, zakryć ramiona oraz nogi (ramiączka oraz krótkie spodenki niedozwolone).

Prawie po sześciu godzinach lotu lądujemy wreszcie w Bangkoku. Wybija północ. Po przejściu kontroli paszportowej trzeba odebrać bagaże. Uwaga, ludzie chcąc się lepiej przyjrzeć torbom ściągają bagaże z taśmy i potem już ich na nią nie odstawiają, więc trzeba się przejść wzdłuż taśmy, żeby znaleźć swój. Przed wyjściem z lotniska wymieniamy trochę pieniędzy, żeby mieć na taksówkę i pierwszy nocleg. Nie opłaca się wymieniać wszystkiego, bo jednak kurs w mieście jest lepszy.


DOJAZD Z LOTNISKA DO MIASTA
Idziemy zatem szukać postoju taksówek. Wychodząc z hali przylotów trzeba udać się na prawo i zjechać schodkami w dół. Tam znajduje się kilka stanowisk, przy których panie zamawiają taksówki, które to za chwilę podjeżdząją, by zabrać klientelę. Z taką panią uzgadnia się cenę, taksówkarz dostaje karteczkę z miejscem, do którego ma nas zawieźć. Płaci się za kilometry oraz za przejazd autostradą. Radzę sprawnie uporać się z bagażem i wymianą waluty i jak najszybciej pobiec do postoju taksówek, kolejki są naprawdę spore. My akurat tego jeszcze nie wiemy i musimy odstać swoje. Do taksówki wsiadamy około 2:00 w nocy. Udaje się zamówić autko dla 6 osób, za cały przejazd płacimy 700 THB. Taksówka czteroosobowa kosztuje natomiast 500 THB.
370.JPG

 Postój taksówek na lotnisku

  

Dojazd trwa około pół godziny. Wjeżdżamy do miasta, które wita nas betonowymi wiaduktami i ponurymi domami. Rzeczywiście, ilość poziomów, na jakich znajdują się wiadukty przypomina miasta z filmów science fiction. Nad ulicami zwisa plątanina przewodów elektrycznych, naruszjąca wszelkie europejskie zasady bezpieczeństwa. Mijając kolejne domy, bloki, ulice nasuwa mi się tylko jedna myśl: miasto widmo! I to ma być ten Bangkok, miasto „dzikich śliwek”? Bo tak właśnie niektórzy tłumaczą tę nazwę. Słowo „bang” oznacza w tajskim miejscowość ulokowaną nad brzegiem rzeki, zaś „kok” lub „ma-kok” to jeden z gatunków dziko rosnącej śliwy lub oliwki. Drzewa te rosły kiedyś nad brzegiem rzeki Chao Phraya.
I tu jeszcze ciekawostka, oficjalna nazwa stolicy Tajlandii jest najdłuższą nazwą na świecie i przez to trafiła do księgi Rekordów Guinessa. Pisana tajskim alfabetem zawiera 139 znaków bez spacji i wygląda następująco:

กรุงเทพมหานคร อมรรัตนโกสินทร์ มหินทรายุธยามหาดิลก ภพนพรัตน์ ราชธานีบุรีรมย์ อุดมราชนิเวศน์ มหาสถาน อมรพิมาน อวตารสถิต สักกะทัตติยะ วิษณุกรรมประสิทธิ์

W alfabecie łacińskim składa się natonmiast z 169 liter:

Krung Thep Maha Nakhon Amon Rattanakosin Mahinthrayutthaya Maha Dilokphop Noppharat Ratchathani Burirom Udom Ratchaniwet Maha Sathan Amon Piman Awathan Sathit Sakkhathattiya Witsanukam Prasit

Co w tłumaczeniu oznacza:

Miasto aniołów, wielkie miasto, miejsce pobytu świętego klejnotu Indry (Szmaragdowy Budda), miasto boga nie do zdobycia, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma drogimi kamieniami, bogata w potężne pałace królewskie, równe niebiańskiej siedzibie odrodzonego boga, miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wisznu.

 
 

Ponadto Tajowie stosują swoją krótką formę Krung Thep (Miasto Aniołów), co można zobaczyć w oficjalnym oznakowaniu drogowskazów, gdzie widnieje właśnie nazwa Krung Thep Maha Nakhon.

NOCLEG

Nocleg mamy zarezerwowany w @ Hua Lamphong. Hostel znajduje się koło stacji kolejowej o tej samej nazwie, więc lokalizacja jest dobra. Jest tu także stacja metra. Cena za noc za pokój dwuosobowy to 1050 THB. Wybór hoteli w Bangkoku jest ogromny, można przyjechać i szukać czegoś tu na miejscu, można zabukować wcześniej. Jest środek nocy, gdy docieramy na miejsce. W recepcji wita nas całkiem miła pani, która już na początku chce nam wszystko wytłumaczyć i zorganizować nawet taksówkę na dworzec autobusowy za trzy dni. Za pokoje płacimy od razu, rozliczamy się też za bilety autobusowe do Chiang Rai, które hostel nam zakupił. Dostajemy wreszcie klucze i idziemy na górę. Cóż, pokoje wyglądają niestety gorzej niż na zdjęciach, niemiej jest czysto i zero robactwa, no może parę mrówek. Okna są niezbyt szczelne, więc słychać hałas z ulicy mimo że okna wychodzą na boczną uliczkę. Trzeba będzie użyć zatyczek do uszu, jednak te niewiele pomogą pierwszej nocy. Zdjęcie pochodzi z booking.com Niestety z powodu zbyt wielu wrażeń zapominam zrobić swoje własne. A jakie to wrażenia?
Te mrówki nie dają mi spokoju. W plecaku siedzi oczywiście broń na różnego rodzaju owady, więc może zrobić z niej użytek? Kto wie, co może w nocy wypełznąć z zakamarków??? Zatem spray idzie w ruch i łazienka zostaje spryskana, jednak zamiast wyjść z pokoju i poczekać aż się chemikalia wywietrzą, szykuję się do mycia i kiedy już tak stoję pod prysznicem jak mnie pan Bóg stworzył, substancja zaczyna drażnić moje gardło, mocniej i mocniej, do tego stopnia, że zaczynam się dusić. Pierwsza noc ma być moją ostatnią? Stoję przy oknie i próbuję złapać oddech, ale jest coraz gorzej, kaszel dusi mnie do bólu! Owinięta zaledwie w ręcznik biegnę do pokoju obok. Miny dziewczyn bezcenne! Łyk wody, wdech powietrza i stoicki spokój Ewy w końcu uwalniają moje gardło i mogę normalnie oddychać, uff… będę żyła.
Noc mija szybko i bezsennie. Trzeba się jakoś ogarnąć, by ruszyć w miasto. Planu w zasadzie nie mamy, wiemy tylko, że dziś zwiedzamy świątynie. Jakoś tak dziwnie wyskoczyć w środku zimy z krótkim rękawkiem i w spodenkach, ale temperatura na zewnątrz nie pozostawia nam wyboru:) Ruszamy przed siebie, chłoniemy wszystko dookoła: mobilne knajpki, czyli nic innego jak wózki z wszelakim jedzeniem, owocami, sokami, dziwne przyprawy śmieszne, tuk-tuki, Tajów na śniadaniu…
428.JPG 433.JPG 423.JPG 424.JPG 420.JPG 381.JPG 375.JPG

ŚWIĄTYNIA ZŁOTEGO BUDDY WAT TRAIMIT

Okazuje się, że mieszkamy bardzo blisko jednej ze świątyń. To Wat Traimit, czyli Świątynia Złotego Buddy. Już z daleka widać złotą kopułę i białe ściany budynku. Wstęp kosztuje 40 THB. To tu znajduje się największy na świecie posąg Buddy zrobiony z 18-karatowego złota, mierzy blisko 4 m, a waży ponad 5 ton. Przedstawia Buddę w pozycji siedzącej z rękami ułożonymi w tzw. bhumisparśa-mudra, czyli „geście dotknęcia ziemi”. Posąg wykonano prawdopodobnie w Ayutthaya w okresie Sukhothai, czyli w XII wieku. Kiedy to Birmańczycy najechali Tajlandię posąg został pokryty warstwą gipsu w celu zabezpieczenia go przed rabunkiem i przewieziony do Bangkoku. Tu tkwił przez ponad 200 lat w zupełnym zapomnieniu. Odkryto go przypadkiem w XX wieku podczas prac renowacyjnych, kiedy to próbowano przenieść gipsową figurę. W czasie transportu liny pękły, Budda spadł z dźwigu i odłupał się kawałek gipsu, odsłaniając złotą część posągu. Świątynia w tym czasie nie posiadała tak wielkiego pomieszczenia, więc posąg przez kolejne 20 lat stał na zewnątrz pod prostym zadaszeniem z blachy. Dopiero w latach 50-tych wzniesiono odpowiednio duży budynek, który był w stanie pomieścić tak ogromną figurę. Dziwne, że nie ma tu krat ani żadnych specjalnych obwarowań, przecież taki Budda ma ogromną wartość. Tylko kto by zdołał unieść 5 ton?:)

Świątynia robi wrażenia, szczególnie na kimś, kto po raz pierwszy widzi taki obiekt. Ludzie modlą się w spokoju, a potem obwieszają znajdujące się tu drzewka prawdziwymi banknotami. Nie do wiary! Drzewka pełne pieniędzy, które nie tylko nie znikają, ale ciągle ich przybywa…

386.JPG 388.JPG 390.JPG 396.JPG

Czas najwyższy na śniadanie. Tylko gdzie? Szukamy jakiejś knajpki czy idziemy na całość i fundujemy sobie prawdziwe tajskie jedzenie z ulicy? Jak na złość knajpki się pochowały i kiedy już bardzo mocno burczy w żołądku trafiamy na uliczne jedzonko. Jest grillowany kurczak, wieprzowina i ryba, pani dodatkowo proponuje nam sałatkę z czegoś, co wygląda jak biała kapusta, jednak raczej nią nie jest. I tak odkrywam mój przebój wyjazdu, czyli ostrą sałatkę z zielonej papai. Ostatecznie decydujemy się na grillowaną wieprzowinkę z sałatką, którą bierzemy na spółkę. Jeden patyk z takim mięskiem kosztuje 10 THB, sałatka natomiast 40 THB. Pani pyta, czy chcemy wziąć wszystko na wynos, czy może usiąść przy stoliku i gdy widzi, że decydujemy się na drugą opcję, biegnie czym prędzej do stolika i nakrywa go czymś w rodzaju obrusa z ceraty. A gdy pytamy o wodę, kiwa potakującą głową i biegnie do sklepu obok. No to jest dopiero obsługa! Jesteśmy w lekkim szoku. Jedzenie jest naprawdę smaczne, sałatka pali, ale jest pyszna, oprócz papai można rozpoznać w niej pomidora, fasolkę, kukurydzę i orzeszki ziemne.
402.JPG 407.JPG 403.JPG 408.JPG 409.JPG

Po śniadanku ruszamy dalej w kierunku rzeki. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie znajdziemy kolejne świątynie. Tak wyglądają ulice Bangkoku w okolicach rzeki… znowu te kłębowiska kabli:)

418.JPG 419.JPG 426.JPG

 

Docieramy wreszcie do przystani, gdzie wsiadamy do tramwaju rzecznego i za 15 THB płyniemy w górę rzeki. Skąd wiemy w jaki tramwaj wsiąść? Na przystani pokazujemy naszą małą mapkę z hostelu i próbujemy wytłumaczyć, dokąd chcemy dopłynąć. Wygląda na to, że się rozumiemy. Za każdym razem, gdy coś podpływa, mówimy numer przystani, na której chcemy wysiąść. Na każdym promie znajduje się osoba, która nadzoruje wysiadająych i wsiadających i dba o to, żeby całość odbyła się bardzo sprawnie. Tramwaje są oczywiście bardzo zatłoczone. Na pokładzie jest bardzo głośno, raz, że słychać warkot silnika, to do tego w uszach świdruje gwizd wydawany przez gwizdek osobnika cumującego łódź przy kolejnych przystaniach. A ten bardzo serio traktuje swoją pracę i gwizdka nie oszczędza. Jest jeszcze pani bileterka lub pan bileter z brzęczącą puszką, do której zbiera opłaty za przejazd. A wszystko wygląda tak:

Wysiadamy na przystani Memorial Bridge (aka Saphan Phut). Chcemy przejść przez most i dotrzeć do słynnej Świątyni Świtu Wat Arun. Naszą uwagę zwraca jednak budynek po prawej stronie.

434.JPG 435.JPG

WAT RATCHABURANA

To kolejna świątynia Wat Ratchaburana, mniej znana i niestety zamknięta dla zwiedzających w momecie, kiedy my do niej docieramy. Wchodzimy na jej teren i oglądamy budynek z zewnątrz… jest naprawdę piękny. Na terenie światyni znajdują się bezpłatne toalety… to tak informacyjnie:)
457.JPG 450.JPG 458.JPG 459.JPG

Ruszamy dalej, tym razem w kierunku mostu. Przejście przez ulicę to prawie ekstremalny wyczyn, samochody i tuk-tuki pędzą jak szalone i nawet jeśli ktoś już znajdujduje się na jezdni, nic sobie z tego nie robią, tak więc naprawdę trzeba uważać. Po przekroczeniu mostu schodzimy na nadrzeczną promenadę, droga jest naprawdę przyjemna. Jednak mijane domy nie wyglądają na zadbane, jesteśmy przecież w Thon Buri, starej stolicy Tajlandii. Po rzece kursują wszelkiego rodzaju taksówki wodne, promy, tramwaje oraz długorufowe łodzie.

THON BURI

Tak wyglądał Bangkok jeszcze w połowie XX wieku. Drewniane, rozsypujące się chaty z rozwieszonym praniem tuż nad rzeką, pralkami, kuchenkami i telewizorami powystawianymi na dziurawe, obdrapane tarasy. Rozwój osadnictwa w tym miejscu rozpoczął się w epoce Ayutthaya, kiedy ulokowane na zachodnim brzegu Menamu, Thon Buri stanowiło port przeładunkowy dla towarów płynących do stolicy z Europy i Chin. Osiedliło się tu wielu przybyszów z Chin oraz Indii, potem Portugalii i innych krajów europejskich. Po złupieniu Ayutthayi przez Birmańczyków Thon Buri na krótko zostało stolicą Syjamu (1767-1782), było to przed utworzeniem miasta na drugim brzegu rzeki. Aż do lat 70-tych XX wieku było samodzielnym ośrodkiem. Choć w 1972 roku Thon Buri przyłączono administracyjnie do Bangkoku, to zachowało swój charakter i azjatycki czar. Naprawdę warto pospacerować tutaj promenadą oraz małymi uliczkami lub wybrać się na wycieczkę po kanałach długorufowymi łodziami hang yao.
466.JPG 469.JPG 480.JPG
Tajowie uwielbiają stroić swoich ulubieńców. Pieski w ubrankach to częsty widok… mimo 30-stopniowego upału. A tu dodatkowo ubranka-nosidełka. Pieski właśnie mają sesję fotograficzną urządzoną przez swojego pana.
473.JPG 475.JPG 484.JPG 489.JPG

 Rzeka nie należy do najczystszych…
490.JPG 483.JPG

 
Idąc tak wzdłuż rzeki dojrzemy do kolejnych świątyń, napijemy się pierwszego świeżo wyciskanego soku oraz spróbujemy kolejnych tajskich przysmaków, ale o tym przeczytacie już w kolejnym poście.
Przydatne info:
Bilet lotniczy Qatar Airways: 2059 PLN
Taksówka z lotniska: 6-osobowa 700THB, czteroosobowa 500 THB
Nocleg w Bangkoku: 1050 THB za pokój dwuosobowy za noc
Sałatka z zielonej papai: 40 THB (ale można kupić także za 30 THB)
Grilowane mięsko na patyku: 10 THB za patyk
Świeżo wyciskany sok z pomarańczy: 20 THB
Świeża papaja w kawałkach: 20-30 THB

Termin wyjazdu: styczeń 2014

4 Comments:

  1. Oj tak, Bangkok ma swoj klimat :) I albo sie go kocha albo nienawidzi :)
    Głosik na twojego poszybował :)

    Polecam sie rowniez twojej pamieci :) Jestesmy w tym momencie na 13 miejscu wiec kazdy glosik se liczy :)

    http://addicted-to-passion.blogspot.nl/2014/01/konkurs-na-blog-roku-2013.html

  2. Zapraszamy do naszej relacji z 24 godzin w Bangkoku. Piszemy o miejscach wartych zobaczenia oraz takich które zdecydowanie należy omijać.
    http://www.coconutpathway.com/2016/04/24-godziny-w-bangkoku.html

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>