W republice Majów, czyli pierwsze wrażenia po powrocie z Meksyku

Od razu się przyznam… nie był to wyjazd backpackerski, a raczej „bagpackerski”. Tym razem ominęło mnie dźwiganie plecaka oraz długie, niekiedy nocne przemieszczanie się autobusami. I wiecie co? Wcale nie było tak źle. Na początku może dziwnie, bo jakiś taki człowiek mniej zmęczony, mniej sponiewierany, zupełnie jak nie na urlopie;) Podróżując samochodem można się wyspać, można oszczędzić kręgosłup, a przede wszystkim można o wiele więcej zobaczyć oraz dotrzeć do miejsc poza głównym szlakiem, a co się z tym wiąże mieć niektóre atrakcje tylko dla siebie. Wynajęcie samochodu na Jukatanie to bardzo dobry pomysł i nie mam absolutnie żadnych wyrzutów sumienia, że w końcu było wygodnie;)

Plan był ambitny, jak zawsze zresztą, jednak nie było to ekstremum. Przejechaliśmy ponad 2000 km, choć tak naprawdę wcale tego nie odczuliśmy. Odwiedziliśmy trzy stany: Jukatan, Campeche oraz Chiapas. Podróż rozpoczęliśmy w Cancun, gdzie spędziliśmy noc i pół dnia, a następnie ruszyliśmy w stronę Zatoki Meksykańskiej, zostawiając sobie wybrzeże karaibskie na sam koniec. Mapka jest poglądowa (niestety Google pozwala na oznaczenie maksymalnie 10 miejsc), kilkukrotnie zbaczaliśmy z głównej drogi, wstępując do ruin, cenot czy małych miasteczek. Dokładna trasa wyglądała następująco: Cancun – Ek Balam ruiny i cenota – Valladolid – Chichen Itza – Izamal – Merida – cenota Peba – Uxmal – Campeche – Palenque – Yaxchilan i Bonampak – Chetumal – Tulum – Akumal – Tulum – cenota Gran oraz Zacil-Ha – Coba – cenota Choo-Ha i Tankach-Ha – cenota Azul – Playa Del Carmen – Cancun.

Pierwsze wrażenie? Bardzo pozytywne. Odbiór samochodu w meksykańskiej wypożyczalni po opóźnionym locie nieco nas stresował. Po pierwsze, czy shuttle będzie czekał (było już po 23:00), pod drugie – jak gładko pójdzie wydanie auta… wszystko przebiegło bez najmniejszych problemów. Bus z wypożyczalni odebrał nas z hali przylotów, a w wypożyczalni nikt niczego nam nie wciskał, mam na myśli dodatkowe ubezpieczenie, bo z tym podobno bywa różnie. Pan był niezwykle uprzejmy, wszystko wytłumaczył i jeszcze wykazał zainteresowanie naszą trasą. Samochód co prawda swoje już przeszedł, ale swoją funkcję spełnił bardzo dobrze. I tak naprawdę ta niezliczona ilość rys i obtarć tylko się nam przysłużyła, bo nikt i tak nie był w stanie doliczyć się wszystkiego.

nasz Volksvagen Gol

nasz Volksvagen Gol

Drogi… kolejne pozytywne zaskoczenie. Szerokie i puste, często dwupasmowe, nawierzchnia w większości dobra, jedynie w Tabasco i Chiapas ilość dziur może wymusić dodatkową koncentrację. Jazda głównymi drogami na Jukatanie to naprawdę przyjemność. Nieco gorzej jest w terenie zabudowanym, słynne topes nie raz mogą zaskoczyć i zupełnie niespodziewanie wyrosnąć przed nami, zamieniając zwykłą drogę w tor z przeszkodami. Ruch w miastach jest duży, ale do przeżycia. Jedynie w Meridzie trzeba się nieźle nagimnastykować, bo ogromna ilość pojazdów, sunących przez wąskie uliczki robi swoje. I jeszcze jedno… dobra nawigacja jest niezbędna, Google daje radę, a chodzi o ulice jednokierunkowe, których w miastach i miasteczkach jest chyba 90%. A znaków o tym informujących brak. Czasem dostrzec można strzałkę na ścianie jakiegoś budynku i to wszystko.

Kolory, kolory, kolory… jak ktoś jest „sroką”, to od razu dostaje oczopląsu. A w Meksyku to już do potęgi, oczy rozbiegane we wszystkie strony, bo nie tylko kolorowe stragany przyciągają wzrok. To, co ogromnie chciałam zobaczyć w tym kraju, to kolorowe miasta i miasteczka, które na zdjęciach wyglądają, jak podrasowane w Photoshopie. I tu uwaga, to nie Photoshop, to rzeczywistość! Moje serce skradło Valladolid, Campeche oraz Izamal. To pierwsze, mogłoby się wydawać, bardzo turystyczne, bo przecież do Tulum rzut beretem, a jednak nie, turystów niewielu, a lokalny klimat został zachowany. Campeche równie spokojne i ciche, a jednak bardziej dostojne, z pocztówkową starówką pięknie odrestaurowaną wygląda jak z bajki. Izamal zaś, znane jako Żółte Miasto, przyciąga nie tylko kolorami, ale także i swoim położeniem, zostało bowiem zbudowane na ruinach dawnego miasta Majów. Domy pomalowane są tu na jaskrawy żółty kolor, co ma upamiętniać wizytę papieża Jana Pawła II, który szczególnie zapisał się w historii tego miasta.

Izamal... Żółte MiastoCampeche

Poczuć się jak Indiana Jones? O tak! W Meksyku to możliwe. Dawne terytorium Majów usiane jest pozostałościami ich prekolumbijskich miast. Piramidy przyciągają tłumy, ale nie wszędzie. Część ruin i owszem, jest bardzo popularna, część jednak odwiedzana rzadziej, szczególnie te, położone z dala od głównej trasy. Największe wrażenie zrobił na mnie Uxmal, ruiny dawnego miasta, znajdujące się na trasie z Meridy do Campeche. Wstęp i owszem, najdroższy w porównaniu do innych, ale również rozumiem dlaczego. O 10:00 tłumów brak, można na spokojnie zwiedzać to, co pozostało z dawnej świetności tego miejsca. A pozostało całkiem sporo… nad całym terytorium góruje olbrzymia Piramida Czarownika, która ze względu na swój kształt uchodzi za jedną z najbardziej nietypowych budowli majańskich. Rozczarowaniem zaś okazała się Coba. Ruiny ukryte w tropikalnym lesie, rozrzucone na dość sporym terenie… główną atrakcją jest Piramida Nohoch Mul, na którą można się wdrapać, co jest zabronione w większości pozostałych ośrodków archeologicznych. Inne ruiny, które odwiedziłam to Ek Balam, Chichen Itza, Palenque, Tulum, Yaxchilan oraz Bonampak. Te ostatnie warte zobaczenia ze względu na zachowane malowidła ścienne, czego nie można zobaczyć w innych miejscach.

Ruiny MajówUxmal

Cenoty… to właśnie na ich punkcie zwariowałam, gdy przeglądałam informacje o Meksyku. Owe naturalne studnie występują w większości na Jukatanie, a sam półwysep przypomina ser szwajcarski podziurkowany niezliczoną ilością małych basenów. Jedne są zupełnie otwarte, z taflą wody widoczną na powierzchni, inne ukryte w jaskiniach, a jedyne wejście to mały otwór w ziemi. Woda w cenotach jest krystalicznie czysta i aby tak pozostało, używanie kremów do opalania jest tu zabronione. Prawie zawsze dostępne są prysznice oraz przebieralnie. Kąpiel w takiej cenocie to niesamowite doświadczenie! Szczególnie, gdy można ją mieć tylko dla siebie, co kilkukrotnie się nam zdarzyło. Najpiękniejsza, jaką odwiedziliśmy to cenota Choo-Haa niedaleko Coby… schodzi się do niej w głąb ziemi po stromych schodkach, by potem móc się cieszyć piękną jaskinią z wapiennymi nawisami, podświetloną kolorowymi iluminacjami.

Cenoty w Meksyku

Jak dotąd fanką meksykańskiego jedzenia nie byłam. Może z racji tego, że do tej pory prawdziwej kuchni meksykańskiej nie zaznałam. Z niecierpliwością czekałam na guacamole, podobno w Meksyku najlepsze. Porównać mogę jedynie z tym w Peru, ale i bez tego stwierdzam „niebo w gębie”, dosłownie. Wszędzie świeżo przyrządzone, dobrze przyprawione, choć tak naprawdę, dojrzałe awokado niewiele przypraw potrzebuje. Raz jeden, ale naprawdę tylko jeden, zdarzyło mi się pokręcić nosem… w Playa del Carmen w jednym z lokali zamiast guacamole na talerzu wylądowała zielona gładka pasta bez limonki, produkt ewidentnie poddany chemicznej obróbce. Meksyk to także egzotyczne dojrzałe owoce… moja ukochana papaja, którą niemalże codziennie aplikowałam sobie na śniadanie oraz małe żółte mango, które często kupowałam na targu lub od ulicznych sprzedawców. A z konkretnych rzeczy? Tacos oraz quesadillas, najlepiej te sprzedawane w lokalnych knajpkach lub przyrządzane na ulicy przez panie Meksykanki. W każdym przypadku są to małe placuszki kukurydziane lub pszenne podawane z przeróżnym nadzieniem. Z innych potraw, bardzo popularna jest fajita, grillowane mięsko podawane z ryżem, warzywami oraz oczywiście papką z fasoli, bo ciemna fasola, podobnie jak limonka, dodawana jest do wszystkiego. A owoce morza? Są, szczególnie nad morzem:) I moje ulubione ceviche, choć ulubione tak naprawdę w Peru, bo to meksykańskie bardzo mnie rozczarowało. Podobnie jak burrito zaserwowane, wydawać by się mogło, w lokalnej knajpce. Nadzienie składało się z ryżu i suchego kurczaka, to wszystko. Podobno meksykańskie burrito jest o wiele prostsze niż to, które serwuje się w Ameryce czy Europie, ale żeby aż tak? Wszystkie te dobre rzeczy można ciągle popijać świeżo wyciskanymi sokami, piwkiem Sol czy też przepysznym zielonym napojem chaya con lemon. Napój sporządzany jest z liści niepozornej rośliny, należącej do wilczomleczowatych. Jej liście po obróbce termicznej nadają się do spożycia i są bardzo zdrowe, zawierają dużo białka, witamin i żelaza. Co ciekawe, na surowo są trujące. Niestety było drożej niż się spodziewałam… nawet w lokalnych knajpkach, gdzie praktycznie przy stołach siedzieli sami Meksykanie, ceny zaskakiwały. Owszem, uliczne jedzenie było tanie, jednak obiad czy kolacja w restauracji to wydatek ok. 30 zł. Oczywiście, kwota nie jest powalająca, niemniej nie tego się spodziewałam.

Jedzenie i picie w Meksyku
Jedzenie w Meksyku

Pewnie Was nie zaskoczę, jeśli napiszę, że Meksykanie to przesympatyczni, uśmiechnięci i bardzo pomocni ludzie. Tacy właśnie są. A gdy dowiedzą się, że jesteście z Polski, to tym bardziej będą mili i zaciekawieni tym, co robicie w tak odległym miejscu, a i cena pamiątek będzie polska, a nie amerykańska. W Cancun, Tulum czy Playa del Carmen bez problemu można się porozumieć po angielsku, małe schody mogą się zacząć nawet już w Meridzie, gdzie obsługa hotelowa nie zawsze będzie w stanie zrozumieć, co mówimy. Dlatego hiszpański zdecydowanie jest wskazany, szczególnie wtedy, gdy mamy okazję porozmawiać z kimś spoza turystyki. Inaczej nieco ma się sprawa z rdzennymi mieszkańcami tych terenów. Majowie czystej krwi są mniej otwarci i podobno nie uznają swojej przynależności do Meksyku. Według nich tu ciągle jest Republika Majańska.

Meksyk ludzie

Ogólnie stwierdzam, że jest bezpiecznie, choć kilka uwag i dygresji muszę zrobić. Na ten temat przed wyjazdem czytałam naprawdę dużo…. bo przecież Meksyk w niejednym zestawieniu plasuje się w czołówce państw, do których lepiej się nie zapuszczać. Ale Meksyk to przecież olbrzymi i niezwykle różnorodny kraj. Owszem, są miasta, w których liczba przestępstw zatrważa, ale są też tereny, gdzie jest bezpiecznie i można bez problemu podróżować na własną rękę, zachowując standardowe środki ostrożności. Takim rejonem jest Półwysep Jukatan. Co prawda liczba patroli wojskowych oraz ilość sprzętu, jaki przy sobie mają, może dawać do myślenia… bo skoro tu są, to chyba znaczy, że są potrzebni. Ale przecież obecnie w Europie widuje się podobne obrazki. Policjanci oraz wojskowi widoczni są szczególnie na ulicach turystycznych kurortów, takich jak Cancun, Playa czy Merida. I ma to swoje uzasadnienie. Kilka dni przed naszym wyjazdem doszło do strzelaniny przed jednym z klubów w Playa del Carmen podczas festiwalu muzyki elektronicznej. Podobno przyczyną była gorąca meksykańska krew i nieopanowane emocje napastnika.

414

Podobno pewnym zagrożeniem mogą być także sami panowie policjanci, sprytnie wymuszający łapówki na biednych turystach, szczególnie tych nie mówiących po hiszpańsku. Ci z Campeche nawet z tego słyną. Niemniej nie dane było nam tego doświadczyć, owszem kontrola raz była i to właśnie w stanie w Campeche, niemniej dokumenty zostały sprawdzone i można było jechać dalej. Nie mogę również nie wspomnieć o drodze z Palenque do San Cristobal, a raczej o tym, jakie informacje przed wyjazdem na ten temat zebrałam. Często organizowane są blokady, co nie w Meksyku, a szczególnie w tym stanie, nie jest nowością. Niemniej eskalowało to do tego stopnia, że blokady przekształciły się w akcje rabunkowe przy użyciu maczet oraz materiałów palnych. Znana firma ADO straciła nawet swój autobus na tej trasie, w związku z czym zaczęła jeździć objazdem, przez co podróż do San Cristobal bardzo się wydłużyła. Oczywiście blokady nie są organizowane codziennie i często wystarczy zapłacić ok. 100 pesos, by móc jechać dalej, niemniej czytałam również o o wiele bardziej niebezpiecznych przypadkach. Z braku czasu San Cristobal musieliśmy sobie odpuścić, jest powód, by do Meksyku zawitać jeszcze raz.

 

Klimat jest cudowny o tej porze roku, czyli podczas meksykańskiej zimy. Mam tu na myśli szczególnie rejon Morza Karaibskiego, gdzie temperatury oscylują w okolicach 26 stopni. Na plaży mogłam przebywać bez ustanku bez narażenie się na poparzenie słoneczne, jednokrotnie zastosowany krem z filtrem 30 sprawił, że słońce jedynie musnęło moje ciało, pozostawiając na nim delikatną opaleniznę. A zaliczam się do osób z jasną karnacją. Ogólnie styczeń to bardzo dobra pora do zwiedzania, upał i owszem czuć, w wielu miejscach czuć jednak także mały wiaterek, który skutecznie przynosi ulgę. Jedynie Ek Balam dało nam ostro popalić, słońce bezlitośnie prażyło, a zapasy wody szybko się wyczerpały. 

Morze Karaibskie Meksyk

Podróż do Meksyku zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie niż przypuszczałam. Zdecydowanie zaostrzyła apetyt na więcej, na Meksyk centralny oraz północny, choć ten podobno naprawdę jest niebezpieczny. Podsumowujac: „Mexcio, I’will be back!”, to znaczy „Volveré!”

5 Comments:

  1. Witam

    Mam pytanie odnośnie prawa jazdy – czy jest potrzebne międzynarodowe?
    Autostrady – w jaki sposób się za nie płaci ?

    • Jest potrzebne, tzn. my mieliśmy. Natomiast podczas kontroli (jeden raz nas zatrzymali), policjant nie bardzo wiedział, co to jest i trzeba mu było wytłumaczyć:) Tak, są drogi płatne i płaci się albo na początku, albo na końcu odcinka u kasjera w budce (tak, jak u nas).

  2. Dzień dobry, a jak wygląda kwestia internetu? Kupiła Pani jakąś kartę do internetu na miejscu czy tylko Wi-Fi lub kawiarenki internetowe?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>