Nasza pierwsza marokańska medyna, czyli co warto zobaczyć w Tangerze

Wszystkie przewodniki podają, że medyna w Tangerze nie może konkurować ze starymi dzielnicami Fezu czy Marrakeszu, ani nawet pobliskiego Tetouanu. Według mnie ma ona swój urok i stanowi bardzo dobre wprowadzenie w świat tradycyjnych marokańskich miast. Ma mniej więcej kształt trójkąta, a rozlokowała się na skalistym cyplu nad morzem i zatoką, skąd można podziwiać piękny widok na Cieśninę Gibraltarską. Medyna sprawia wrażenie bardzo kolorowej, białe, żółte, niebieskie, a nawet czerwone fasady budynków ozdobione są równie kolorowymi drzwiami.

GALERIA

 

Zwiedzanie rozpoczynamy od punktu widokowego na bastionie Burdż al Hadżawi, skąd roztacza się częściowa panorama portu. Znajdują się tu dwie armaty z ubiegłego wieku, kupione przez Anglików, ale nigdy nieużyte w walce. Ciekawie musiał wyglądać ich transport, każda waży 20 ton.

267.JPG

 

W zasadzie nie mamy ustalonej trasy, wiemy tylko jakie miejsca warte zobaczenia znajdują się w pokręconej medynie. Oczywiście nasz przewodnik-ochotnik twardo idzie z nami. Uliczki medyny mienią się różnymi kolorami, białe domki często mają żółte, pomarańczowe lub niebiekie fasady z czerwonymi drzwiami. Małe sklepy spżywcze przypominają warsztaty i magazyny.

Widać, że to miasto bardzo turystyczne, gdyż co jakiś krok spotyamy zorganizowane wycieczki. Nasz przyjciel za wszelką cenę próbuje skierować nas na targ i do pobliskich sklepików, jednak my idziemy w kierunku Kazby.

KAZBA

Otoczona murami stoi w miejscu najbardziej oczywistym pod względem obronnym. W czasach rzymskich właśnie tu istniała twierdza. Wydawać by się mogło, że jest to jakaś potężna forteca, tymczasem po wejściu na jej teren nie bardzo widać różnicę w porównaniu z dolną częścią medyny. Dominują tu wąskie uliczki i domy z ozdobnymi wejściami, całość bynajmniej nie ma militarnego charakteru. To w dużej mierze skutek gwałtownej rozbudowy w latach 20. XX wieku, kiedy kazba stała się niezwykle modna i zaczęły powstawać tu luksusowe rezydencje. Dlatego dziś jest tu mało miejsca i trzeba przedzierać się wąskimi uliczkami. Wyjątkiem jest Place de la Kasbah, na kóry wchodzi się przez Bab Haha, idąc od strony medyny. Nazwa może dość śmieszna, jednak odnosi się ona do zwyczaju publicznego karania rzezimieszków poprzez chłostanie podeszw ich stóp. Dawniej był tu elegancki maszwar (plac), gdzie odbywały się ważne uroczystości z udziałem sułtana. Obecnie to dość zapuszczona przestrzeń, ale można prześliżnąć się przez zniszczoną kratę na zewnątrz murów (z północnej strony) i chłonąć tu piękną panoramę Cieśniny Gibraltarskiej.
304.JPG
Bab Haha
305.JPG
Tędy można wyjść poza mury
306.JPG

Widok na Cieśninę Gibraltarską

W pobliżu placu stoi Mosquee de Kasbah (meczet Kazby) z pięknym ośmiobocznym minaretem wyłożonym płytkami zulajdź i zwieńczony białym krenelażem. Najważniejszą budowlą pry placu i w całej kazbie jest Dar al-Machzan, czyli dawny pałac sułtański, wzniesiony za panowania Mulaja Ismaila pod koniec XVii wieku. Ostatni władca, Mulaj Hafiz, mieszkał tu już po utracie niepodległości (Francuzi zmusili go do przeprowadzaki do Tangeru, czyli wówczas poza granice kraju). Podobno sułtan nie przepadał za tym lokum, uważał, że jest przestarzałe. Prócz władcy musiała się tu zmieścić jego walcząca o wpływy świta, czyli ponad 150 osób, w tym 4 żony i 40 nałożnic. Od 1922 roku pałac zajmuje Muzeum Marokańskiej Sztuki i Antyków. Jak się okazuje jest otwarte i możemy wejść do środka. Bilet kosztuje 10 MAD. Ekspozycję zgromadzono w pomieszczeniach wokół dwóch ładnie zdobionych dziedzińców z paroma kolumami z czasów rzymskich. Dział starożytności w dawnej pałacowje kuchni to głównie wystawa wykopalisk z ruin Volubilis. Trafiamy tu też na słynną mozaikę z Domu Wenus. Większą kolekcję zajmują zbiory miejscowej sztuki, począwszy do dywanów, wyroboów ze skóry, broni, haftów i biżuterii, a skończywszy na instrumentach muycznych oraz ceramice z Fezu i Meknesu. Za pałacem znajduje się uroczy ogród andaluzyjski z egoztyczną roślinnością, palmami, bananowcami, czy granatami.

320.JPG 322.JPG 334.JPG

Jakiś czas kręcimy się jeszcze po uliczkach medyny, czasami wchodzimy na szlak, który już szliśmy. Bardzo to wszystko pokręcone. Nasz „pomocnik” twardo idzie za nami, a właściwie przed nami i ciągle każe podążać za swoja osobę. Próbujemy go zmylić, przyłączamy się do jednej z wycieczek i chwilę idziemy za nimi. Przewodnik niemal purpurowy dopada nas z wyrzutami. Udaje mu się nas namówić do wejścia do jednego ze sklepików z pamiątkami. Jednak w końcu stawiamy sprawę jasno i tak jak już pisałam w poprzednim poście, rozstajemy sie w niezbyt miłych okolicznościach.
343.JPG

SUK

Dochodzimy do suku i jak to na arabskim targu, tłoczno i pełno straganów ze wszystkim. Tu spotykamy pierwsze Berberyjki. W swoich kolorowych strojach i dużych słomianych kapeluszach wyróżniają się w tłumie. Trzeba uważać z robieniem zdjęć, bardzo tego nie lubią. Ogólnie ludzie w Maroku są na to uczuleni.

360.JPG 361.JPG

PETIT SOCCO

Zmierzamy do południowej części medyny i do placu Grand Socco. W jego północno-wschodniej części jest niewielka brama w murach fortyfikacji otaczających dzielnicę. Za nią zaczyna się główna ulica medyny rue Es-Siaghine (ulica Złotników), prosta i szeroka z wieloma sklepikami i kawiarniami. Do lat 30. XX wieku była to najważniejsz arteria w Tangerze. Jej nazwa wywodzi się od istniejącej tu dawniej żydowskiej dzielnicy. Żydzi tradycyjnie zajmowali się handlem srebra oraz złota ora jubilerstwem. Ich społeczność radyklanie się zmiejszyłą po uzyskaniu przez Maroko niepodległości. Rue Es-Siaghine kończy się Petit Socco (zwanym także Suk ad-Dachili lub Socco Chico, czyli Mały Rynek). Tak jak ulica jest nieproporcjonalnie szeroka jak na tę ulicę, tak plac jest wyjątkowo mały i wygląda zaledwie jak jej rozszerzenie. Jeszcze ponad sto lat temu powierzchnia placu była niemal dwukrotnie większa. Tradycyjnie działał tu suk, na który schodzili się mieszkańcy regionu, aby coś sprzedać, kupić i spotkać innych ludzi. Nas zaskauje widok owiec i baranów przywiązanych do bramy. Ewidentnie widać, że odbywa się tu handel, bo co jakiś czas przybywa owca lub koza, która ze wszystkich sił próbuje zerwać się ze sznurka.
409.JPG
384.JPG 411.JPG

Na początku XX wieku niczym grzyby po deszczu zaczęły się tu pojawiać hoteliki, kawiarnie i domy publiczne. Szczególnie działalność tych ostatnich była znacząca, przy placu i okolicznych uliczkach można było znaleźć ich kilkadziesiąt. Były tu także kasyna i kabarety, w których bawił się śmietanka towrzyska. Po uzyskaniu niepodległości przez Maroko przemysł rozrywkowy z dnia na dzień upadł, większość lokali przeniosła się do nowego miasta, a w medynie zakazano sprzedaży alkoholu.

386.JPG

 Petit Socco

423.JPG

 

Na chwilę siadamy w kawiarni Tanger. Zamawiamy oczywiście tradycyjną zieloną herbatkę z miętą (without sugar) i obserwujemy to, co dzieje się na ulicy. A dzieje się dużo… przy stoliku obok sprzedawca marokańskiej biżuterii zachwala turystce z Niemiec swoje wyroby, oczywiście jest bardzo wytrwały, co zaczyna ją bardz irytować. Przez ulice przechodzi jakas wielka wycieczka zorganizowana, niewiadomo ską, dosłownie jak spod ziemi pojawiają się kolejni handlarze i z każdej strony atakują wycieczkowiczów. Ktoś coś krzyczy, co jakiś czas przejeżdżają skuterki… a my powoli sączymy sobie herbatkę.

420.JPG

 

GRANDE MOSQUEE

Czas ruszać dalej. Idziemy znowu główną ulicą, a potem rue de la Marine. Po kilku krokach dochodzimy do stojącego po lewej stronie Grande Mosquee (Wielkiego Meczetu). Świątynia ma powierznię porównywalną z samym placem, ale jest dobrze ukryta, ledwo ją widać. Tylko Muzułumanie mogą tu wchodzi, dlatego nam pozostaje jedynie podziwianie budwoli z zewrnątrz. Meczet stoi na miejscu dawnej rzysmkiej świątyni Herkulesa, którą później zastąpiła portugalska katedra. Naprzeciw meczetu znajduje się medresa z czasów Marynidów, do dziś wykorzystywana jako szkoła, tyle że już świecka.
382.JPG

Zbliża się pora obiadowa, czas coś przekąsić. Zastanawiamy się, czy szukać jakiejś w miarę taniej kanjpki czy może udać się na targ i tam kupić kilka marokańskich smakołyków. Wygrywa opcje druga, jako że targ mamy w zasadzie przed nosem. Wchodzi w gąszcz straganów, a tam oliwki… przeróżne oliwki, mniej i bardzie sfermentowane, z przyprawami i bez, czarne, zielone… wybór jest powalający. Do tego świeże marokańskie chlebki, kozie sery, warzywa, owoce, mięso… czego tylko dusza zapragnie. Decydujemy się na oliwki (cena jest śmieszna), berberyjski kozi ser, o który próbujemy się targowac i dwa chlebki. Całość kosztuje nas grosze.
387.JPG 388.JPG 389.JPG 391.JPG

GRAND SOCCO

Z całym ekwipunkiem udajem się na plac Grand Socco i tu zaczynamy ucztę. Oliwki są przepyszne! Chlebek także, natomiast ser nie za bardzo mi leży, jest jakby bez smaku. Niestey nie jestemy w stanie zjeść go w całości. Resztę próbujemy oddać żebrającym, jednak kobieta szukająca jedzenia w śmietniku wcale go nie chce. Podchodzi do nas natomiast mały chłopak i wyciąga rękę po kawałek sera. Serce się kraje. Widać, że naprawdę jest głodny. Spogląda na mnie i prosi jeszcze o pieniądze. Oczywiście nie odmawiam.
398.JPG

Grand Socco granicz y z medyną, jego inna nazwa to Place du 9 Avril 1947. Ta druga nazwa została nadana przez Marokańczyków, by upamiętnić dzień, w którym sułtam Muhammed V wygłosił hisotryczne przemówienie, po raz pierwszy wspominając o niepodległości. Z kolei „Grand Socco” to francusko-hiszpańska mieszanka językowa, odnosząca się do istniejących tu niegdyś targowisk. Sam plac nie jednak nic wspólnego z targiem, jest czysty, przestrzenny, a otaczająca go biała architektura przydaje mu elegancji.

Grand Socco
Po nieco nietypowym obiedzie postanawiamy pokręcić się jeszcze chwilę po medynie. Wchodzimy przez bramę i za chwilę skręcamy lekko w prawo i idziemy równoległą ulicą do głównej rue Es-Siaghine. Warto zagłębić się również i w tę część medyny, która jest bardzo stara i kryje w sobie nieco miej turystyczny klimat.
403.JPG

I dochodzimy do placu Petit Socco i naszych owiec. Dalej kierujemy się na dół stronę portu. Na końcu ulicy znajduje się cłakiem ładny punkt widokowy na morze, trzeba wejść na niego schodkami. Tu chwilę wygrzewamy się w słoneczku, po czym udajemy się jeszcze na mały spacer poza medynę. Przy postoju taksówek umawiamy się z taksówkarzem, który chce nas podwieźć do dworca autobusowego, uzgadniamy cenę 30 MAD.  Czas wracac do hostelu po nasze placaki. Taksówkarz czeka w umówionym miejscu, no to odjazd! Po drodze podziwiamy jeszcze białe domy Tangeru, miasto wygląda niesamowicie. Dojazd trwa około 15 minut, kierowca wypytuje nas o autobus do Tetouanu, o której mamy i czy nie chcemy może pojechać taksówką:) Odpowiadamy ogólnikowo, bo coś chyba kombinuje. Dojeżdżamy do dworca CTM (państowy przewoźnik), który wcale nie wygląda jak doworzec. Gdy chcemy wysiadać, taksówkarz krzyczy i pokazuje, że mamy zostać w środku. O co chodzi? On sam wysiada i chyba ma zamiar iść do informacji. O nie! Wysiadamy, nie ma mowy, żeby znowu ktoś nas oszukał. Płacimy i zabieramy bagaże. Na dworcu (jest to małe pomieszczenie w czymś, co przypomina blok mieszkalny) dowiadujemy się, że na razie nie możemy kupić biletów, bo jeszcze nie wiadomo, o której przyjedzie autobus, bo jedzie z Fezu. Jako że do planowego dojazdu mamy jeszcze trochę czasu, idziemy na miętową herbatkę. Na szczęście autobus przyjeżdzą o czasie, kupujemy bilety, jeden kosztuje 25 MAD, i wsiadamy do autobusu, który czeka po drugiej stronie ulicy. Klimatyzacja działa. Podóż trwa krótko, bo 45 minut, a za oknem krajobraz się zmienia, góry robią się coraz wyższe. Nasz kolejny cel to TETOUAN.
419.JPG 427.JPG

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>