co warto zobaczyć w lubelskim
Europa,  Lublin,  Polska

Wielokulturowy Nurt Bugu, czyli śladami nadbużańskich tradycji

Czy są jeszcze miejsca, gdzie można uciec przed światem? Gdzie można zaszyć się w małej chatce bądź starej stodole, bez zasięgu? Gdzie jedyne, co słychać to cisza? Gdzie można cieszyć się dziką nieskażoną niczym przyrodą? Gdzie smaki tradycyjnej kuchni przenoszą nas w zapomniany już świat? Gdzie historia złączyła losy wielu narodów i religii? Tak, są takie miejsca i jedno z nich znajduje się na Lubelszczyźnie. W ten świat zabiorę Was za chwilę.

Podążymy wzdłuż granicy z Białorusią oraz Ukrainą, a granica ta jest szczególna. Przebiega bowiem na rzece. Oto przed Wami niesamowita podróż szlakiem, wyznaczonym przez lubelski Wielokulturowy Nurt Bugu. Będzie to swoista podróż w czasie w towarzystwie magicznych nadbużańskich krajobrazów. Już teraz mogę Wam napisać, że znalazłam tu wszystko, czego szukałam… zabytki z niewiarygodną historią, miejscowe legendy, kontakt z naturą oraz niezwykle gościnnych mieszkańców z pasją. A do tego to przecież tygiel kulturowy. Tu nie tylko stykają się tradycje wielu kultur, one się tu na przestrzeni wieków ciągle mieszały i trwa to po dzień dzisiejszy. Do tej pory żyją tu ludzie różnych wyznań, potomkowie wielu narodowości. Obok siebie stoją kościoły oraz cerkwie, a ludzie szanują dni świąteczne sąsiada innej wiary.

Co Was zatem czeka? Zajrzycie ze mną do neounitów, podążycie śladami Tatarów, odwiedzicie potomków Olędrów, zajrzycie do cerkwi, katolickich sanktuariów, odkryjecie ślady Templariuszy, poznacie starodawny zwyczaj, kultywowany do tej pory, posmakujecie staropolskiej kuchni, okraszonej wpływami włoskimi, francuskimi, litewskimi oraz żydowskimi, zwiedzicie stare synagogi oraz zatrzymacie się w miejscu upamiętniającym ofiary niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady. A świadkiem tego wszystkiego będzie pięknie meandrująca rzeka Bug, po której spłyniemy o świcie wśród porannych mgieł.

Koniecznie musicie wiedzieć, iż lubelski szlak Wielokulturowy Nurt Bugu w 2017 roku zwyciężył w konkursie EDEN (European Destinations of Excellence). Został doceniony przez Komisję Europejską i otrzymał tytuł EDEN Polska – Najlepsze Destynacje Turystyczne. To prestiżowe wyróżnienie jest potwierdzeniem niezwykle wysokiej wartości turystycznej tego regionu.

Ile czasu przeznaczyć na zwiedzanie tych wszystkich miejsc? Oczywiście wypad na weekend to świetny pomysł, jednak spokojnie można tu spędzić i tydzień i dwa. Tę dłuższą opcję polecam o wiele bardziej. Owa trasa to również nie lada gratka dla miłośników dwóch kółek, bowiem przez całą część opisywanej trasy biegnie Wschodni Szlak Rowerowy Green Velo.

Bug – ostatnia dzika rzeka Europy

Czy wiecie, że Bug jest jedyną tak dużą rzeką w Polsce, która nigdy nie była regulowana? W jej bieg na żadnym odcinku nie ingerował człowiek. Zdarzały się prace wzmacniające brzeg, ale to z konieczności. Dlatego mówi się, że Bug to jedna z ostatnich dzikich rzek Europy, jeśli nie ostatnia.

Jak to możliwe? – zapewne zapytacie ze zdziwieniem. I rzeczywiście, to wręcz aż nie do wiary, że taki cud natury uchował się do naszych czasów w swojej pierwotnej formie. Jak się okazuje, zawdzięczamy to między innymi zakazowi z 1548 roku. Otóż, wówczas w życie weszła uchwała sejmowa, zabraniająca ingerowania w nurt rzeki pod karą 200 marek srebra. Rzeka wykorzystywana było gospodarczo, więc chodziło o zachowanie jej spławności.

punkty widokowe nad Bugiem

Bug to czwarta najdłuższa rzeka w Polsce. Jest to także rzeka graniczna, która przepływa nie tylko przez obszar Polski, ale także przez Białoruś oraz Ukrainę. Musimy się nią zatem dzielić z naszymi sąsiadami. Na odcinku GołębieNiemirów jej koryto stanowi granicę z wymienionymi krajami. Długość tego odcinka wynosi aż 363 km, natomiast cała rzeka liczy sobie 772 km, w tym 587 km na terytorium Polski. Bug swoje źródło ma w Werchobużu na północnej Wyżynie Podolskiej na Ukrainie, zaś uchodzi do jeziora Zegrzyńskiego, stanowiąc jednocześnie lewy dopływ Narwi.

Kolejną ciekawostką jest fakt, iż w 1821 roku Bug zmienił swój bieg samoistnie. Doszło wówczas do ogromnej powodzi, w wyniku której koryto rzeki się przesunęło. Niegdyś Bug był potężną rzeką, bardzo szeroką, po której pływały promy. Pewien szlachcic w 1821 roku popłynął do Warszawy starym korytem, a wrócił już nowym. Wskutek owej zmiany niektóre wsie, które kiedyś leżały za Bugiem, znalazły się nagle po drugiej stronie i tak zostało do dziś. Obecnie na pewnych odcinkach zachowało się starorzecze Bugu, które pięknie wkomponowuje się w dziewiczy krajobraz tych terenów.

Rejon nadbużański to tereny zalewowe. Co ciekawe, mieszkańcy na przestrzeni dziejów przywykli do tego zjawiska i w ogóle z nim nie walczyli. Jak zatem funkcjonowali? Każdy mieszkaniec nadbużańskich wsi posiadał na wyposażeniu łódkę, którą uruchamiał wiosną, gdy zaczynały się roztopy. Do sąsiada czy do sklepu po zakupy trzeba było dostać się drogą wodną. I nie są to wcale tak odległe czasy, a zdarzyć się może i w obecnych.

Gdzie Bug pokazuje swoje najpiękniejsze oblicze? Myślę, że w każdym miejscu wpadniecie w zachwyt. Szczególnie polecam Wam punkt widokowy w Gnojnie, skąd można podziwiać malownicze zakole rzeki. Na wprost rozpościera się tu podlaski krajobraz, po lewej zaś stronie mamy już województwo mazowieckie, więc jest to de facto także trójstyk granic, z tym że wojewódzkich. Rzeka Bug także zjawiskowo prezentuje się w okolicach Nepli na terenie Rezerwatu Szwajcaria Podlaska. Tutaj nie tylko zobaczcie piękne meandry, ale na rzekę spojrzycie z wysokich skarp. Tak naprawdę rzeka Bug będzie Wam towarzyszyła podczas całego szlaku, więc będzie okazja by poznać ją lepiej.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Męczennicy z Pratulina, czyli historia obrońców unickiej wiary

Odkrywanie nadbużańskich terenów w województwie lubelskim warto zacząć od Pratulina, malutkiej wsi, której początki datuje się na XV wiek. Parafia unicka powstała zaś w kolejnym stuleciu. Mieszkała tutaj ludność, która ze względu na swoją religię nazywana była unitami bądź grekokatolikami. Takie wyznanie zrodziło się wraz z Unią Brzeską w 1596 roku, kiedy to kościół rzymskokatolicki połączył się z prawosławnym. Unici uznali wówczas zwierzchnictwo papieża oraz katolickie dogmaty. Pozostała jednak liturgia obrządku wschodniego oraz język staro-cerkiewno-słowiański. Dodatkowo duchowni nie byli zobowiązani do przestrzegania celibatu.

Niespokojne czasy nastały tu wraz z zaborami, kiedy to większość grekokatolików znalazła się pod władzami rosyjskimi. Te bowiem, za wszelką cenę, starały się wymusić zmianę wyznania na prawosławie. A metody stosowano naprawdę różne łącznie z użyciem siły. Do takiego aktu agresji doszło właśnie tu w Pratulinie, kiedy to do kościoła przysłano prawosławnego księdza. Mieszkańcy wsi stawili opór i trwali w swej decyzji nawet wtedy, gdy ściągnięto tu wojsko. Nie opuścili oni terenu świątyni, klęcząc dalej wznosili gorące modły. W obronie wiary rannych zostało aż 180 osób, a śmierć poniosło 13 mieszkańców. Ci, którzy przeżyli, zostali zesłani na Syberię, gdzie wkrótce zmarli.

Historia tychże ludzi nie została zapomniana. Jan Paweł II 6. października 1996 roku beatyfikował 13 wytrwałych mieszkańców. Ich relikwie przechowywane są w kościele parafialnym w Pratulinie, gdzie powstało Sanktuarium Błogosławionych Męczenników Podlaskich.

Dawna cerkiew, o którą tak zaciekle walczyli mieszkańcy Pratulina niestety została rozebrana pod koniec XIX wieku. Obecnie w jej miejscu stoi drewniany kościół ze Stanina, pełniący funkcję ośrodka dokumentacji i muzeum Męczenników Podlaskich. Wewnątrz świątyni znajdują się fundamenty cerkwi unickiej, przy której odważni pratulinianie oddali swoje życie. Utworzono tu także piękną Drogę Krzyżową oraz od niedawna funkcjonuje Dom Pielgrzyma.

Pratulin nie zakończył jednak historii Unitów na tychże ziemiach. W pobliskich Kostomłotach znajduje się jedyna na świecie neounicka parafia obrządku wschodniego, ale o tym opowiem Wam za chwilę.

Mizary w Zastawku oraz Studziance, czyli śladami społeczności tatarskiej

Pewnie większość z Was słyszała o Kruszynianach i tatarskiej społeczności tam zamieszkującej. A czy wiecie, że Tatarzy mieszkali także na Lubelszczyźnie, a do dziś żyją tutaj ich potomkowie? Gdy podczas mojej podróży zaczynam opowiadać w towarzystwie o wielokulturowości nadbużańskich terenów i pada słowo Tatarzy, wszyscy robią zdziwione miny… bo przecież to nie tu, to nie to województwo.

Nic bardziej mylnego. Zajrzyjcie koniecznie do Zastawka czy Studzianki, by się o tym przekonać. Znajdziecie tu dwa tatarskie mizary. Zastawek znajduje się blisko głównej nadbużańskiej trasy, około 20 km od Krzyczewa. W miejscowości Lebiedziew należy odbić w lewo. Studzianka zaś leży 30 km dalej.

co warto zobaczyć w lubelskim

Na tych terenach Tatarzy pojawili się w II połowie XVII wieku za sprawą króla Jana III Sobieskiego (podobnie jak w Kruszynianach) . Studzianka stanowiła wówczas centrum życia muzułmańskiego okolicznej tatarskiej społeczności. Zamieszkiwały tu wielkie rody tatarskie, takie jak Azulewicze, Czymbajewicze czy Bogdanowicze. Wielu Tatarów z tych rejonów walczyło u boku Jana Sobieskiego, a także w armii samego Napoleona. Słynęli oni z niezwykłej odwagi oraz kunsztu wojennego. Z czasem coraz bardziej zaczęli poznawać naszą kulturę oraz tradycje, aż w końcu stali się Polakami, obywatelami I Rzeczpospolitej.

Do 1915 roku w Studziance znajdował się i funkcjonował meczet, który niestety został spalony. Na jego miejscu stoi obecnie budynek szkoły, zwany potocznie meczeciskiem. Plac pod jej budowę został przekazany przez ostatniego imama parafii muzułmańskiej w tej miejscowości.

Do czasów obecnych przetrwały dwa mizary. Przez wiele lat dewastowane, niszczały w zapomnieniu. Na szczęście jakiś czas temu na terenie obu cmentarzy zostały przeprowadzone prace konserwatorskie, w wyniku czego udało uratować się to niezwykłe dziedzictwo naszej kultury. W Studziance mizar ukryty jest w lesie, przetrwało tu aż 300 nagrobków. Cmentarz w Zastawku jest mniejszy. Zachowało się na nim około 50 nagrobków. Reszta została została wywieziona przez Niemców i wykorzystana na utwardzenie polnych dróg.

Jeśli przyjrzycie się nagrobkom, zauważycie muzułmański półksiężyc z gwiazdą oraz wyryte wersety Koranu. Niektóre napisy umieszczono w języku rosyjskim, a pochodzą one z czasów, kiedy Tatarom nie wolno było używać języka polskiego. Co ciekawe, znajduje się tu jeden z najstarszych tatarskich nagrobków w Polsce. Pochodzi z 1704 roku i skrywa prochy pułkownika Samuela Murzy Koryckiego. Był to słynny Tatar, który brał udział w wojnach z Rosją, Turcją oraz  Szwecją. Za swoje zasługi został sowicie wynagrodzony, otrzymał od króla ziemię.

Od ponad 10 lat prężnie działa tu Stowarzyszenie Rozwoju Miejscowości Studzianka, które kultywuje dawne tradycje tatarskie i realizuje różne inicjatyw z tym związane. W ofercie znajdziecie zwiedzanie mizaru z przewodnikiem, warsztaty gotowania tatarskich potraw, czy naukę strzelania z łuku krymsko-tatarskiego, mongolskiego i wschodniego, prowadzoną w oryginalnych strojach tatarskich łuczników. Warto zajrzeć na profil FB stowarzyszenia, by dowiedzieć się więcej.

co warto zobaczyć w lubelskim

Kostomłoty – jedyna na świecie parafia neounicka obrządku bizantyjsko-słowiańskiego

Podążając dalej na południe, koniecznie trzeba zatrzymać się w Kostomłotach. Na pierwszy rzut oka, ot nadbużańska wieś, gdzieś na przysłowiowym końcu świata. A jednak znajdziecie tutaj coś naprawdę unikatowego w skali światowej. Na terenie nadbużańskim ulokowała się jedyna na świecie parafia neounicka z drewnianą cerkwią pw. św. Nikity. Historia świątyni sięga aż pierwszej połowy XVII wieku i co ciekawe, dalej pełni ona swoją rolę. Tutaj ciągle odbywają się nabożeństwa. Obecnie parafia liczy około 120 wiernych.

To, co tu zobaczcie to w zasadzie drewniany kompleks sakralny ze starą cerkwią oraz przepiękną dzwonnicą. Drewniana cerkiew stanowi zabytek i jest z reguły otwarta dla zwiedzających. Jeśli podczas Waszej wizyty drzwi będą zamknięte, wystarczy zapukać na plebanię i poprosić księdza o możliwość zajrzenia do środka. A wnętrze robi ogromne wrażenie! Wzrok od razu przyciąga ozdobny ikonostas. Zobaczycie tu ikonę patrona cerkwi św. Nicetasa, zwanego Nikitą. Pochodzi ona również z tego samego stulecia, co cerkiew. Ikona przedstawia świętego wraz z czternastoma scenami z jego życia. A kimże był ów Nikita? Był rzymskim legionistą, który oddał swe życie za Chrystusa. Przestrzeń nie jest duża, co wprowadza bardzo kameralny nastrój.

Parafia w Kostomłotach powstała w 1627 roku. Dzieje świątyni były bardzo burzliwe. Po rozbiorach Polski przez jakiś czas znajdowała się pod zaborem autriackim, by następnie znaleźć się w obszarze Królestwa Polskiego. Przez pewien okres pełniła także rolę świątyni prawosławnej, a następnie w czasach bieżeństwa została porzucona. W 1927 roku ponownie wróciła do swoich korzeni.

Po I pierwszej wojnie światowej powstało aż 47 parafii neounickich obrządku bizantyjsko-słowiańskiego, niestety do czasów obecnych przetrwała tylko jedna. Mimo pewnych roszczeń prawosławnej społeczności, do dnia dzisiejszego pozostaje parafią neounicką. W 1998 roku świątynia otrzymała status Sanktuarium Unitów Podlaskich.

Do Kostomłotów ściągają liczni pielgrzymi oraz coraz częściej turyści. Swoją działalność prowadzi tutaj także Centrum Ekumeniczne, gdzie odbywają się rekolekcje dla wiernych różnych odłamów chrześcijaństwa. Więcej o historii tego miejsca przeczytacie na stronie parafii w Kostomłotach.

Przy wejściu na teren kościoła znajduje się plebania z połowy XIX wieku, zaś obok cerkwi mała drewniana kapliczka z pięcioma kopułami. Przed kaplicą umieszczono kamień ze świętej góry Tabor, miejsca Przemienienia Pańskiego. Waszą uwagę z pewnością zwróci wysoka drewniana dzwonnica ze złotymi elementami.

Kostomłoty odwiedziłam dwukrotnie. Za drugim razem miałam okazję przez chwilę uczestniczyć w nabożeństwie i zobaczyć, jak odprawiana jest tutaj liturgia oraz jak greckokatolickie śpiewane modlitwy wprawiają w swego rodzaju trans. Dodam tylko, że mistyczna aura udziela się wszystkim obecnym, a woń kadzideł czuć już na zewnątrz.

Kodeń, czyli historia pewnego Sapiehy i cudownego obrazu

Kodeń to niewątpliwie bardzo ważne miejsce dla katolików. Znajduje się tu piękne renesansowe sanktuarium z cudownym obrazem Matki Boskiej, który przywędrował tu aż z Rzymu. A nie była to zwyczajna wędrówka. Sprawcą całego zamieszania i to w dosłownym tego słowa znaczeniu, był książę Mikołaj Sapieha, właściciel Kodnia.

Swego czasu wybrał się on z pielgrzymką do Ojca Świętego, licząc iż ten akt uleczy go ze strasznej choroby. I zdarzył się cud, Mikołaj ozdrowiał. Stało się to przed obrazem Matki Bożej Gregoriańskiej. W związku z tym zapragnął ów cudowny obraz zawieźć do Kodnia. Papież jednak nie wyraził zgody, więc sprytny mężczyzna obraz wykradł i wrócił z nim do domu. Karą za taki czyn była ekskomunika, która z racji zaangażowania Mikołaja w szerzenie wiary, została cofnięta. Czy rzeczywiście tak było, czy jest to jedynie legenda? Tak naprawdę nie wiadomo. Całą tę historię pięknie opisała Zofia Kossak-Szczucka w powieści „Błogosławiona wina”.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Koniecznie zajrzyjcie na tyły kościoła, mieszczą się tam wspaniałe ogrody, ogród Zielny Matki Bożej oraz ogrody włoskie. Pielgrzymi znajdą tu idealne miejsce do odpoczynku oraz modlitwy wśród kapliczek oraz wokół Rozlewiska Genezaret ze sztucznymi wyspami. Labirynt Zielny prowadzi zaś do kalwarii, na terenie której znajdziecie jeszcze ołtarz polowy, będący pozostałością po dawnym pałacu Sapiehów oraz gotycko-renesansowy kościół pw. Św. Ducha.

Koniecznie zajrzyjcie także do Pijalni Wody “u Sapiehy” na terenie kalwarii. Możecie tu zakupić tradycyjne lokalne wyroby kulinarne, takie, jak chlebki, sękacze, ciasteczka czy podpłomyki, do tego miody, herbatki, zioła, smalec kodeński oraz coś, co nazywa się pierzgą i jest wyrabiane przez pszczółki. To niezwykle rzadki produkt, który jest prawdziwą bombą witaminową.

Wielokulturowość w kodeńskich Frykasach

Idąc dalej tym kulinarnym tropem postanowiłam owej nadbużańskiej wielokulturowości poszukać jeszcze bardziej. I wiecie co? Znalazłam! A gdzie? Nad samym Bugiem na przepięknej piaszczystej plaży w Sugrach. Tam z koszyczkiem pełnym smakołyków przechadzała się Panna Apteczkowa. A kogo napotkała, to tymi pysznościami uprzejmie częstowała.

I tak oto poznałam panią Paulinę Pietrusik, która stworzyła Frykasy z Kodnia oraz od jakiegoś czasu odtwarza postać Panny Apteczkowej. Owa panna istniała naprawdę i mieszkała w Kodniu za czasów Elżbiety Sapieżyny z Branickich. Panna Apteczkowa była żoną marszałka dworu, w związku z czym posiadała klucze do letniej rezydencji Sapiehów oraz od zamku. Znała się na ziołach, przyrządzała herbatki oraz przetwory dla całego gospodarstwa dworskiego.

Wielokulturowy Nurt Bugu

No dobrze, ale o co w tym konkretnie chodzi? O gotowanie, wypiekanie oraz parzenie pysznych herbatek w oparciu o dawne tradycyjne receptury. Pani Paulina wraz z mamą z powodzeniem przywracają stare kulinarne przepisy i odkrywają zapomniane już smaki dla teraźniejszego świata. Smaki, w których właśnie można odnaleźć wielokulturowość tego regionu. Receptury pochodzą głównie z Kodnia oraz okolic.

Panie korzystają z kulinarnej wiedzy rodzinnej oraz wertują stare książki kucharskie. Najstarsza w ich biblioteczce pochodzi z 1826 roku. To dawna staropolska kuchnia z wpływami włoskimi, francuskimi, litewskimi oraz żydowskimi. Często są to smaki bardzo odważne, zaskakujące dla naszego podniebienia. Co powiecie na przykład na kisiel z owsa ze skwarkami, konfiturę z berberysu czy lemoniadę z sumaka? No właśnie, coś takiego normalnie nie gości na naszych stołach.

Za swoją pracę oraz ogromny wkład w kulinarną turystykę pani Paulina wraz z mamą otrzymały już mnóstwo nagród oraz wyróżnień. Wiele ich produktów znalazło się już na Liście Produktów Tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Między innymi zajęły I miejsce podczas kilku edycji konkursu Nasze Kulinarne Dziedzictwo Smaki Regionów za konfiturę z zielonego orzecha, Sekret Sapiehów czyli wędlinę długo dojrzewającą oraz musztardę jabłkową. Na ostatnim Europejskim Festiwalu Smaku w Lublinie również odniosły sukces.

Z panią Pauliną spędziłam pół dnia. Gościłam u niej w agroturystyce, gdzie opowiedziała mi o swojej ogromnej pasji oraz miałam okazję spróbować wielu kodeńskich pyszności, przygotowanych przez dwie panie. Następnie udałyśmy się nad sam Bug, bo właśnie z tą rzeką związana jest historia rodzinna pani Pauliny. To właśnie w nadbużańskich lasach Pani Apteczkowa zbiera zioła do swoich frykasów. Co to był za dzień!

Pasję oraz serce, jakie te dwie panie wkładają w gotowanie czuć na odległość. W agroturystyce na półkach znajdziecie wielkie słoje, w których siedzą zaklęte pędy czy szyszki sosny. Powstanie z tego fantastyczny syrop o cudownych właściwościach, idealny na bolące gardło czy przeziębienie. Spróbujecie tu tradycyjnego chleba z pokrzywą, długo dojrzewającej wędliny z musztardą z gruszki bądź jabłka, kotletów rybnych z Sugrów (rybka oczywiście z rzeki nieopodal), dziczyzny, syropu z mniszka, kisielu z owsa ze skwarkami, dyni na ostro, konfitury z derenia, sernika z jadalnymi kwiatami, herbatki księcia Sapiehy czy miętowej lemoniady. A to naprawdę nie wszystko, czym można uraczyć tu podniebienie. Po prostu palce lizać!

Gdzie można spotkać panią Paulinę? Na przykład nad Bugiem, kiedy to zrobicie sobie przystanek na plaży w Sugrach podczas spływu kajakowego. Pani Apteczkowa działa bowiem razem z panem Markiem Pomietło z Kajakowej Przygody. Po więcej szczegółów zajrzyjcie do części o spływie. Pani Paulina organizuje także warsztaty kulinarne, wpada często z wizytą do Uroczyska Zaborek oraz gotuje na zamówienie. Najprościej zajrzeć na profil Frykasów z Kodnia na FB i w ten sposób nawiązać kontakt.

Prawosławny Monaster św. Onufrego w Jabłecznej

Już sama nazwa tego miejsca brzmi jakoś tak bajkowo. I bajkowe jest jego położenie. Kompleks klasztorny ulokował się bowiem na nadbużańskich łąkach, około 2 km od wsi Jabłeczna. Kiedy rzeka Bug wylewa monaster staje się wyspą na tutejszych rozlewiskach. Wówczas można zobaczyć mnichów, przemieszczających się łódkami po tym terenie. Losy monasteru od zawsze splątane były z graniczną rzeką i niejako od niej zależały. Przez większość swojego istnienia ów prawosławny klasztor znajdował się za Bugiem, czyli na jego wschodnim brzegu. Zmieniło się to, gdy rzeka w 1821 roku popłynęła nowym korytem.

Wielokulturowy Nurt Bugu

To również rzeka Bug dała początek temu miejscu. Według ludowych przekazów obecnie czczona w monasterze ikona św. Onufrego przypłynęła tu w XV wieku właśnie rzeką. Jak to możliwe? Na Bugu tworzą się liczne mielizny, powstają łachy piachu. Być może obraz zatrzymał się tu właśnie w taki sposób. Miejscowi uznali to za znak i w tym miejscu założyli prawosławny klasztor męski. Powstał on w latach 1497 – 1498. I wówczas właśnie rozpoczął się tu kult św. Onufrego, pustelnika.

Dzieje monasteru były dość burzliwe. Mimo zmian historycznych na tych terenach oraz presji ze strony różnych władz, klasztor zawsze pozostawał prawosławny i tak jest aż do dziś. Największy rozkwit monasteru nastąpił w XIX wieku, kiedy to otrzymał on wsparcie od samego cara z racji krzewienia prawosławnej wiary na ziemiach unitów oraz katolików. Wówczas to powstała murowana klasycystyczna cerkiew, przykryta złoconą kopułą, którą możemy podziwiać obecnie. I tylko ona przetrwała czas I wojny światowej, kiedy to kompleks uległ dewastacji, oraz okres II wojny światowej, kiedy to hitlerowcy spalili zabudowania klasztorne. Obecnie po tamtych zniszczeniach nie ma już śladu, a do monasteru ściągają liczni pielgrzymi oraz turyści.

Obowiązkowo trzeba zajrzeć do wnętrza cerkwi, gdzie jej historię opowie Wam jeden z braci zakonnych. Jednak radzę wcześniej o tym miejscu co nieco poczytać, gdyż zakonny przewodnik lubi sprawdzać wiedzę przyjeżdżających. A w środku koniecznie zwróćcie uwagę na dwie czczone tu ikony, wspomnianą już ikonę św. Onufrego oraz ikonę Matki Bożej. Obie pochodzą z XV wieku. Tak naprawdę całe wnętrze robi ogromne wrażenie, bogaty ikonostas, przepiękne freski na ścianach, przepiękny sufit zwłaszcza pod kopułą. Zaraz po przekroczeniu progu udziela się człowiekowi atmosfera tego miejsca… nagle wszystkie rozmowy odbywają się szeptem, a wykonywane ruchy są niemal bezszelestne.

Jednak to nie wszystko. Poza murami klasztoru ulokowały się jeszcze dwie kaplice z początku XX wieku, które koniecznie trzeba zobaczyć. Pierwsza pw. Zaśnięcia NMP stoi de facto naprzeciwko bramy wejściowej do monastyru. Druga zaś, kaplica Św. Ducha, swoje miejsce znalazła na łąkach tuż nad samym Bugiem. Mnisi przychodzą tu czasem na spacer oraz na modlitwę. Czas się tu jakoby zatrzymał, cisza, spokój, natura w czystym wydaniu. To miejsce ożywa raz w roku, w dniach 24-25. czerwca, kiedy to obchodzony jest Dzień Św. Onufrego. Ściągają tu wówczas tłumy wiernych, odbywają się nocne czuwania oraz procesje.

Bracia zakonni są naprawdę bardzo otwarci i chętnie goszczą wędrowców w swoim klasztornym Domu Pielgrzyma. Można tu odpocząć, pomedytować, pomodlić się, poznać rytm życia monasteru. Zatrzymać tu może się naprawdę każdy, bez względu na wyznanie.

Monastyr św. Onufrego w Jabłecznej to najważniejsze, obok Grabarki, miejsce dla prawosławia w Polsce. Miejsce, którego nie można pominąć podczas poznawania szlaku Wielokulturowego Nurtu Bugu. Warto zatrzymać się tu na dłuższą chwilę, pospacerować po nadbużańskich łąkach i chłonąć to, co ma ono do zaoferowania.

Olędrzy z Mościc Dolnych

Przyjeżdżając do Mościc Dolnych w ogóle się nie spodziewałam, że odkryję tu kawał tak niesamowitej historii, że poznam osobę, która od pokoleń związana jest z tą ziemią, która jest potomkiem żyjących na tym obszarze Olędrów. Tak, tak, Olędrzy mieszkali także na nadbużańskich terenach, choć osadnictwo olęderskie kojarzy się przecież z Żuławami. Mościcie Dolne i Górne, Sajówka oraz Zańków to dawne wsie olęderskie.

Skąd zatem Olędrzy wzięli się nad Bugiem? Dlaczego dotarli aż tu i zasiedlili ten rejon? Wszystko zaczęło się w 1617 roku, kiedy to hrabia Rafał Leszczyński podpisał przywilej lokacyjny dla osadników z Prus Królewskich. Zostali oni osadzeni we wsiach Neudorf oraz Neubruch na prawie holenderskim. Obie te wsie znajdowały się wówczas za Bugiem. Owi przybysze posiadali niemieckie korzenie, jednak posługiwali się mową polską. Prawo holenderskie gwarantowało im wówczas wieczystą dzierżawę ziemi oraz możliwość dziedziczenia.

Jak już wiecie, w 1821 roku Bug po wielkiej powodzi zmienił swoje koryto. Miało to ogromny wpływ na egzystencję Olędrów, bowiem rzeka rozdzieliła wieś Neudorf (Nejdorf) na dwie części. W wyniku tego cała wieś Neubruch (Nejbrow) oraz część Nejdorfu znalazły się na terytorium Cesarstwa Rosyjskiego, zaś reszta w Królestwie Kongresowym, a następnie w Królestwie Polskim. Bardzo ważnym wydarzeniem dla społeczności olęderskiej była wizyta prezydenta II Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego w 1928 roku, podczas której nazwa wsi została zmieniona na Mościce Dolne oraz Górne. Niestety niecałe dwadzieścia lat później decyzją władz radzieckich wsie za Bugiem (Mościce Górne oraz część Mościc Dolnych) zostały zlikwidowane. Do czasów obecnych przetrwała tylko ta część, która położona była po stronie polskiej.

Olędrzy czy też Holendrzy zostali tutaj sprowadzeni, bowiem potrafili ujarzmić tereny zalewowe. Byli w stanie na nich żyć i dobrze funkcjonować. Domy budowano na dębowych palach lub specjalnych nasypach, zwanych “terpami“. Chaty miały także specjalną formę. Obora oraz stodoła znajdowały się w zasadzie pod jednym dachem z domem. Konstrukcje takie nazywano “langhausami”, czyli długimi domami. Zwykle część mieszkalna budynku usytuowana była jako pierwsza zgodnie z nurtem rzeki lub sezonowego ciągu wodnego podczas powodzi. To zabezpieczało ją przed przenikaniem zanieczyszczeń z części dla inwentarza zwierzęcego. W czasie powodzi gospodarz był także w stanie bez problemu dostać się do bydła lub trzody.

Tereny te także obsadzano wierzbami rosochatymi oraz topolami, które pochłaniały nadmiar wody na przydomowych pastwiskach. Każde gospodarstwo posiadało wówczas własną łódź na czas wiosennych roztopów, co ma miejsce również i obecnie. Olędrzy przyjechali tu na kilkadziesiąt lat, a zostali o wiele wiele dłużej. Poprzez stulecia ścierały się tu i mieszały tradycje olęderskie, luterańskie i katolickie.

Olędrzy nad Bugiem
Langhaus – typowy dom olęderski

Obecnie we wsi Mościce Dolne mieszkają potomkowie owych osadników. Jednym z nich jest pan Antoni Chorąży, który zgłębia historię swojej rodziny, swojej wsi i okolic już od długich lat. To jego ogromna pasja. W swoim gospodarstwie zgromadził również wiele starych przedmiotów, które niegdyś były używane przez Olędrów. Możecie tutaj także zajrzeć do starej kuźni olęderskiej, którą prowadził jego ojciec. Przed domem znajdziecie wystawę, poświęconą Olędrom, żyjącym na tych terenach. Tablice pełne są zdjęć, różnego rodzaju aktów oraz zapisów.

Pan Antoni swoje zbiory wystawia podczas świąt oraz różnego rodzaju uroczystości. Czasami ciekawskich zaprasza do domu na długie opowieści przy olęderskim poczęstunku. Tak było i ze mną. Zupełnie się nie spodziewałam, że zostanę tak miło ugoszczona i że spędzę tu ponad trzy godziny. Czas przy bułeczkach, nadziewanych serem oraz suszem owocowym, upłynął niezwykle przyjemnie a historie, usłyszane od pana Antoniego do dziś dźwięczą mi w uszach.

Czy obecnie w dawnych olęderskich wioskach coś jeszcze pozostało po krzepkich przybyszach? W Mościcach Dolnych możecie jeszcze gdzieniegdzie dostrzec tzw. “langhausy”. Takie domostwa od razu rzucają się w oczy, bowiem bryła budynku jest inna od pozostałych. W jednej części mamy okna, druga stanowi coś w rodzaju stodoły. Niektóre ciągle są zamieszkałe. Przepiękny dom w tym stylu stoi także nad samym Bugiem. Jest opuszczony i popada obecnie w ruinę. Pan Antoni stara się o jego ocalenie. Trafić tam nie jest łatwo, droga prowadzi przez tereny prywatne.

Wciąż widoczne są elementy różnych konstrukcji przydomowych, jak plecione płoty, żurawie studzienne, przybudówki czy brogi, ułatwiające gospodarowanie na terenach nizinnych. Bróg, czyli coś w rodzaju namiotu lub szałasu, stoi także przy domu pana Antoniego. A jak się dobrze rozejrzycie, to dostrzeżecie właśnie liczne wierzby oraz topole, które są bardzo charakterystyczne dla tego krajobrazu.

Po Olędrach pozostały także nazwiska. Możecie się tu spotkać z rodziną Ryl (nazwisko pochodzi od Bruehl), Witt, Ludwig, Kunz czy właśnie Chorąży. Na skrzyżowaniu dróg we wsi postawiono także kamień na pamiątkę rocznicy 400 lat od przybycia Olędrów.

Niezwykle pięknie Olędrów przedstawia pan Lech Ścibor-Rylski w artykule Olędrzy i ich zaczarowany świat. Jego opisy oraz fotografie są swoistym rekwiem dla Mościc, ostatniej olęderskiej wsi w Polsce. Zajrzyjcie koniecznie.

Brodacze ze Sławatycz

Kolejny przystanek to miejscowość o nazwie Sławatycze. Warto się tu zatrzymać z kilku powodów. To tutaj naprzeciwko siebie stoją świątynie dwóch ważnych wyznań, prawosławna cerkiew oraz kościół katolicki. W Sławatyczach przetrwały także aż cztery cmentarze, prawosławny, katolicki, protestancki oraz żydowski. Te wszystkie zachowane obiekty świadczą o niebywałej wielokulturowości nadbużańskich terenów. I z tej koegzystencji i interakcji wielu społeczności być może zrodziła się pewna niezwykle ciekawa tradycja.

Sławatycze słyną przede wszystkim z bardzo wiekowego zwyczaju, który kultywowany jest do dnia dzisiejszego. Mowa tu o kolorowych przebierańcach, zwanych Brodaczami. Na sławatyckich ulicach barwni Brodacze pojawiają się w ostatnich 3 dniach grudnia, by odpowiednio pożegnać stary rok. Skąd taki obrzęd nad Bugiem? Nie wiadomo. Nikt z żyjących już nie pamięta, jak to się zaczęło. Przypuszcza się, iż owa oryginalna tradycja miała swe początki w tzw. “państwie sławatyckim”, w którym mieszały się obyczaje różnych społeczności. A byli to i Polacy, i Ukraińcy, Żydzi, a nawet i Olędrzy. Zatem spuściznę po tamtych czasach być może da się obecnie zobaczyć w tańcach “sławatyckich chochołów”. I wyobraźcie sobie, że ów zwyczaj kultywowany jest tylko w Sławatyczach i nigdzie indziej na świecie.

Wielokulturowy Nurt Bugu

A jak wygląda taki Brodacz? Oczywiście, musi mieć długą brodę, która powstaje z lnianego włókna. Symbolizuje ona długie bogate w doświadczanie życie. Obowiązkowo na głowie musi pojawić się wysoki cylindryczny kapelusz, ozdobiony kolorowymi kwiatami z bibuły oraz wstążkami. Do tego maska na twarz, zrobiona ze skóry, długi kożuch barani, odwrócony futrem na zewnątrz, garb na plecach oraz laska bądź kij jako symbol starości. Ręce oraz nogi owija się słomą tak, że prawdziwy człowiek zupełnie ginie w tym przebraniu, a nagle pojawia się dziwaczny sędziwy pan. I tak sobie owi Brodacze krążą po ulicach wioski, zaczepiając przechodniów.

Aby ten zwyczaj przetrwał, co roku przed Sylwestrem w Sławatyczach urządzany jest konkurs na najpiękniejszy strój takiego brodacza. Później zwycięskie dzieła można podziwiać w Gminnym Ośrodku Kultury, do którego klucze dzierży pan dyrektor Bolesław Szulej. To on niezwykle mocno angażuje się w działania sławatyckich brodaczy, stara się, by owa tradycja nie została zapomniana.

Gdzie można jeszcze spotkać kolorowych brodaczy? Na przykład w centrum Sławatycz. Tam na placu stoją figury, przedstawiające trzech przebierańców, zaś po drugiej stronie ulicy z daleka dostrzec można ogromny mural również z ich podobiznami. Warto się tu zatrzymać i dowiedzieć się więcej o tej tradycji z umieszczonych tu tablic.

Dodatkowo jeśli sami chcecie przemienić się w podobnych brodaczy (adresuję to do męskiej części odbiorców), możecie to uczynić podczas spływu kajakowego “Brodacze na Pożegnanie Lata”. Impreza odbywa się już cyklicznie we wrześniu. Co prawda nie spotkacie tu kolorowych przebierańców, jednak kajakarze mogą wówczas zaprezentować swoje własne prawdziwe brody szerszemu gronu. Owo kajakarskie wydarzenie ma również na celu podtrzymywanie pamięci o grudniowym zwyczaju, kultywowanym w Sławatyczach.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Wraz z bużańskim nurtem, czyli spływ kajakowy pierwotną rzeką

Być nad Bugiem i nie wybrać się na spływ? To tak, jak odwiedzić Francję i nie zobaczyć wieży Eiffla… to tak, jak pojechać do Peru i nie wdrapać się na Machu Picchu. Mniej więcej taki kaliber. Spływy kajakowe są tu organizowane na każdym odcinku rzeki, więc na dobrą sprawę można sobie zafundować taką atrakcję w każdym momencie. Miłośnicy tej aktywności mogą wybrać się na dłuższą wyprawę i płynąć kilka dni.

Na spływ kajakowy umówiłam się właśnie w “brodatych” Sławatyczach. Tutaj trafiłam na pana Marka Pomietło oraz jego Kajakową Przygodę. Pan Marek do dusza człowiek. Jest instruktorem kajakarstwa oraz narciarstwa zjazdowego, a do tego jeszcze ratownikiem WOPR i pilotem wycieczek. O rzece Bug wie chyba wszystko, a na pewno zna ją na wylot z perspektywy kajaka. Bez wątpienia świetnie Wam doradzi, podpowie, jaki odcinek wybrać, a nawet idealnie dobierze kolor “łódki” do zdjęć:)

Czy spływ kajakowy jesienią ma sens? Też się nad tym zastanawiałam i teraz mogę śmiało odpowiedzieć na to pytanie. Jak najbardziej! A do tego szczególnie gorąco polecam Wam tę aktywność rozpocząć bardzo wcześnie rano, w zasadzie już o świcie. Wówczas czekają na Was niesamowite poranne mgły, unoszące się nad rzeką. No bajka po prostu!

I teraz coś Wam zdradzę… to był mój pierwszy spływ w życiu! Wcześniej do takich aktywności nigdy mnie nie ciągnęło. Nie wiem, jak to się stało, że tyle z tym zwlekałam. Bug pokazał mi, jak wręcz mistyczne może to być przeżycie. Na tzw. “pierwszy raz” wybrałam sobie trasę ze Sławatycz do Jabłecznej, czyli swój rejs zakończyłam dokładnie na łąkach monasteru św. Onufrego.

Czas potrzebny do pokonania tego odcinka to średnio 2 i pół godziny, choć można i szybciej. Uwaga, jako że Bug to rzeka graniczna, obowiązują tu pewne zasady. Kajakarze muszą się trzymać lewej strony rzeki, bo ta należy do Polski. Przekraczanie granicy na rzece jest teoretycznie zabronione. Teoretycznie, gdyż praktycznie się to zdarza i wówczas trzeba mieć nadzieję, że białoruska straż graniczna, która się tu kręci, będzie w dobrych humorach i tylko przyjaźnie nam pomacha.

A co konkretnie czeka Was o poranku? Nad rzeką warto się zjawić pół godziny przed wschodem słońca. Wówczas przywita Was Bug cały spowity mgłami. Jak długo się utrzymają? To już zależy od pory roku oraz od konkretnego dnia. Akurat ja miałam to szczęście, że aura tajemniczości towarzyszyła mi przez pół spływu. Wrażenia nie z tej ziemi… człowiek miał naprawę uczucie, że nagle oto znalazł się w jakimś mrocznym filmie grozy.

Na początku wokół było dosłownie szaro i tylko kolor kajaka przypominał, że nasz świat ma także inne barwy. Z czasem, gdy mgły zaczęły się podnosić, przybrzeżna roślinność zabarwiała się coraz bardziej na zielono, by pod koniec wręcz porazić oczy swoją soczystością. Do tego ogromne wschodzące słońce, przebijające się zza mgieł, z każdą minutą coraz bardziej rozgrzewające zziębnięte dłonie. To zupełnie inny świat, świat dzikiej, niczym niezmąconej przyrody.

Na co uważać podczas spływu? Na wystające i pływające pnie i konary drzew, na wysepki pośrodku rzeki oraz na łosie, które często przeprawiają się z Białorusi przez rzekę na naszą stronę. I wcale nie musi być płytko, one doskonale radzą sobie w nadbużańskich wodach. Uwagę swoją skupcie także na tym, co dookoła, obserwujcie, chłońcie ten dziewiczy obrazek.

Centrum Religijno-Zabytkowe w Hannie

O Hannie powinien powstać oddzielny artykuł (zresztą jak o większości wymienionych tu obiektów). To miejsce do cna przesiąknięte jest wielokulturowością, symboliką oraz cudownością w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pierwotnie była to cerkiew unicka, która następnie została przemianowana na prawosławną, by ostatecznie stać się kościołem katolickim. To jednak nie wszystko. Odnajdziecie tu również ślady Templariuszy oraz powiązanie z prawosławnym klasztorem w Poczajowie, który obecnie stoi na ziemi ukraińskiej.

To, co możemy dziś tu zobaczyć, to cały kompleks zabytkowych budynków o charakterze religijnym i kulturowym. Niedawno przeszedł on gruntowny remont, do którego przyczyniła się gmina, w związku  z czym klucze do kościoła obecnie dzierży pani wójt.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Drewniane budowle już z głównej drogi przyciągają wzrok. Pokaźna dzwonnica wraz ze świątynią stanowią serce tego miejsca. Koniecznie zajrzyjcie do środka kościoła. To, co zobaczycie z pewnością Was zadziwi i zachwyci zarazem. Drewniana cerkiew została wzniesiona w 1739 roku, a ufundował ją książę Hieronim Florian Radziwiłł. Widać tu wyraźny barokowy styl. Konstrukcja oraz struktura wnętrza nawiązuje do tradycji bożogrobowych. Co to oznacza?

Z pewnością Waszą uwagę zwrócą ołtarze boczne oraz kaplica, która wyraźnie przypomina Grób Pański w Jerozolimie. Wędrując po pomieszczeniu w zasadzie w każdym momencie znajdujemy się na planie krzyża bądź krzyż znajduje się gdzieś nad nami. Do tego w dwóch bocznych końcowych ołtarzach umieszczone są tablice w nieznanym języku (zostały odnalezione podczas remontu). I jak się okazuje wyryto tu imię Boże Jahwe (spółgłoski pochodzą z języka hebrajskiego, samogłoski zaś z aramejskiego). Ta symbolika ma związek z zakonem rycerskim Templariuszy, którzy to niegdyś przebywali na naszych terenach. Podczas remontu znaleziono tu spory głaz, będący nagrobkiem właśnie takiego rycerza. Świadczy o tym rękojeść miecza, wyryta na kamieniu, która de facto przedstawia krzyż. Ów głaz można obecnie zobaczyć w kościele przy grobie Chrystusa. Podobne nagrobki odkryto na pobliskim cmentarzu z VIII wieku. Co dokładnie kryje w sobie ten teren, tego jeszcze nie wiadomo.

Skąd taka symbolika w świątyni, która powstała później niż gościli tu Templariusze? Otóż, fundator cerkwi musiał taką wiedzę otrzymać w spadku od swoich przodków, którzy podróżowali po świecie, odwiedzając także Jerozolimę.

To jednak nie koniec niezwykłych historii, związanych z hanneńską świątynią. Być może niektórzy zauważyli, że nie wspomniałam jeszcze o tak ważnej rzeczy, jaką powinien być obraz w ołtarzu. Oczywiście taki obraz znajduje się i w tym kościele, niemniej jest on tak niepozorny, że w zasadzie nie rzuca się od razu w oczy. Bez bogatych zdobień, skromny, a jednak posiada zadziwiającą moc. Jest to kopia cudownej ikony Matki Bożej Poczajowskiej z sanktuarium na Ukrainie. W Hannie na obrazie widnieje Matka Boża z Jezusem, góra, na której Maryja się niegdyś objawiła oraz kamień, na którym odcisnęła się jej stopa. Brakuje natomiast cudownego źródełka, które trysnęło w miejscu, które wskazała Matka Boska. I to zamanifestuje się w późniejszych losach tego dzieła.

Historia obrazu hanneńskiego jest tak zawiła i pełna symboliki, że trudno uwierzyć w jej prawdziwość. Nawet obecny proboszcz parafii do pewnego momentu traktował ją w kategorii legendy. Zmieniło się to, gdy dotarł do wnuczki dziewczynki, będącej świadkiem dziwnych wydarzeń. Obraz powstał na zamówienie bogatego szlachcica, który to zapragnął mieć Matkę Boską Poczajowską u siebie. Co ciekawe, w tym samym czasie, co obraz powstała również cerkiew w Hannie. Różne wydarzenia sprawiły, iż owa ikona przypłynęła tu wraz z flisakami i stała się formą zapłaty za gościnę u niejakiego Pietruczyka. Ten powiesił obraz w garbarni. Pewnego razu w wiosce wybuchł pożar, który dotarł także i do tego pomieszczenia. Pietruczyk, gdy to zobaczył, wbiegł do środka i obraz z płomieni uratował. Co się okazało, jedynie rama była nadpalona, główna zaś część w ogóle nie nosiła śladów ognia.

Po tym wydarzeniu obraz został przeniesiony do domu. Przez kilka dni bardzo jasno świecił, bił od niego niesamowity blask. Gdy przestał, okazało się, że rama obrazu samoczynnie się naprawiła. Za jakiś czas stała się kolejna dziwna rzecz. Gospodyni na ławce, która stała pod obrazem, zauważyła wodę… tak, jakby ktoś, coś rozlał. Wytarła i zapomniała o całym zajściu. Wkrótce woda ponownie się pojawiła, tym razem jednak nie tylko na ławce, ale też i pod samym obrazem. Było jej więcej i po prostu kapała. Ale skąd tu niby mogła wziąć się woda? Czyżby uaktywniło się tu cudowne źródełko, którego brakowało na obrazie?

Pietruczyk stwierdził, że dłużej takiego obrazu u siebie mieć nie może. Powinien on trafić do jakiejś świątyni. Ustalono zatem, że zostanie on odprowadzony w procesji do pobliskiej Kuzawki. W Kuzawce funkcjonowała wówczas parafia katolicka. Ktoś jednak ten obraz musiał wynieść z domu, a chętnych w zasadzie nie było. Każdy się bał, bo przecież nie wypadało dotykać tak cudownego obrazu. Ostatecznie misję powierzono dziewczynce po pierwszej komunii. I tak się też stało.

Obraz zapakowano na wóz, ciągnięty przez dwa woły i procesja ruszyła. Na tę okoliczność nie pofatygował się jednak ksiądz z Kuzawki, natomiast z ciekawości przybył batiuszka z Hanny. Gdy woły doszły do rozstaju dróg, nagle się zatrzymały i nie chciały ruszyć dalej. Poszły w ruch kije, a nawet sztachety z płotu, a woły ani drgnęły. Co robić zatem? Wówczas zapytano batiuszkę, czy nie przyjąłby Matki Bożej do siebie… i ten się zgodził. Odwrócono wóz w kierunku Hanny i woły ruszyły przed siebie. Cała procesja wraz z wozem zostawiła ślady na zbożu. Kiedy ludzie wracali z Hanny, zboże jednak cudownie się podniosło i w ogóle nie było już widać, że ktoś tędy przechodził. I tak oto cudowny obraz trafił do wybranego przez siebie miejsca.

Ile w tym prawdy? Relacje mieszkańców oraz relacja wnuczki dziewczynki, która ów obraz od Pietruczyka wynosiła potwierdzają ową historię. A to nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności i analogii, związanych z obrazem Matki Bożej Hanneńskiej. Po więcej wysyłam Was do Hanny, abyście na własne uszy usłyszeli owe opowieści. I od razu Was uprzedzam, zarezerwujcie sobie sporo czasu, bowiem ksiądz oraz pani wójt mogą o tym miejscu opowiadać godzinami.

Obiekt można zwiedzać z przewodnikiem w okresie od 1 kwietnia do 31 października od poniedziałku do soboty o godzinie 10.00, 12.00, 14.00, 16.00 oraz 18.00. Bilet kosztuje 6 zł. W pozostałych miesiącach na zwiedzanie należy umówić się telefonicznie.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Włodawa – miasto na styku trzech kultur

Jeśli mówimy o wielokulturowości nadbużańskich terenów, to nie może na trasie zabraknąć Włodawy. Od Hanny oddalona jest ona niecałe 20 km. To tu koegzystowały trzy kultury. Świadczą o tym dwie dobrze zachowane synagogi, kościół pw. św. Ludwika z klasztorem Paulinów oraz cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Marii Panny.

Zwiedzanie proponuję zacząć od muzeum, jakim jest Zespół Synagogalny, stanowiący naprawdę unikatowy zabytek w tych rejonach. Zachowała się tu Wielka oraz Mała Synagoga, a także bejt midrasz, czyli specjalne pomieszczenie, w którym chłopcy oraz mężczyźni zgłębiali nauki talmudyczne. Przed II wojną światową we Włodawie dominowała społeczność żydowska, tworząc tu typowy sztetl, czyli miasteczko z tradycjami żydowskimi.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Budynki w muzeum zostały już całkowicie odremontowane. Wielka Synagoga pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku i została ufundowana przez rodzinę Czartoryskich wraz z gminą żydowską. W jej wnętrzu obecnie można podziwiać przepięknie odnowioną szafę ołtarzową, aron ha-kodesz z polichromowanymi zdobieniami. Były w niej niegdyś przechowywane zwoje Tory. W gablotach przy ścianach umieszczono wartościowe synagogalia. Na piętrze zaś znajduje się ciekawie urządzony Pokój Mełameda, który był niegdyś szkołą podstawową dla dzieci. W kulturze żydowskiej rolę szkoły pełniło pomieszczenie, w którym zamieszkiwał nauczyciel.

Nie zapomnijcie zajrzeć do budynku obok, czyli do Małej Synagogi. Jej wnętrze robi ogromne wrażenie. Panuje tu swego rodzaju półmrok, który rozjaśniają zielone podświetlenia zawieszonych tu tablic. Podniosłą atmosferę czuć już na wejściu. Tablice stanowią wystawę o tytule „Włodawski sztetl – miasteczko którego już nie ma”. Podczas II wojny światowej budynek służył za sklep oraz magazyn wojskowy, a po jej zakończeniu urządzono tu kino.

I co ciekawe, od 7 sierpnia 2020 roku na terenie muzeum również działa kino o wdzięcznej nazwie “Zachęta”. Można tu obejrzeć edukacyjne seanse w technologii VR (wirtualna rzeczywistość), które przeniosą nas do minionej już epoki. Filmy zostały wyprodukowane przez muzeum z wykorzystaniem profesjonalnej kamery VR oraz dźwięku ambisonicznego (projekcja 360 stopni). I powiem Wam, że całość robi ogromne wrażenie. Dla kogoś, kto pierwszy raz miał styczność z takim obrazem, jest to niesamowite przeżycie. Człowiek przenosi się do innego, jakże realistycznego, świata, nagle znajduje się niejako w środku całej akcji filmu.

Obecnie można obejrzeć tu dwa filmy: Szabat Szalom oraz Sobótki Poleskie. Pierwszy z nich przedstawia kolację szabasową, podczas której przybysz zostaje ugoszczony przez rodzinę żydowską. W tym świecie można zobaczyć włodawską synagogę w czasach jej świetności. Druga projekcja opowiada o obrzędach nocy świętojańskiej.

Wielokulturowy Nurt Bugu

Z muzeum synagogalnego warto wybrać się na spacer po mieście. Zobaczycie tu jeszcze część dawnej drewnianej zabudowy. Warto zajrzeć do wspomnianego już kościoła oraz cerkwi. Waszą uwagę być może przykuje dziwny budynek na rynku, tak zwane kramnice, obecnie nazywane “Czworobokiem“. Zupełnie niedaleko pręży się także Pomnik walk i męczeństwa wojsk polskich i sowieckich, który wśród mieszkańców budzi sprzeczne uczucia.

Być może, będąc we Włodawie, pomyślicie także o kirkucie, czyli cmentarzu żydowskim. I będzie to słuszna myśl. Kirkut powstał tu w XVIII wieku i mieścił się przy ul. Mielczarskiego. Niestety podczas II wojny światowej hitlerowcy doszczętnie zniszczyli nekropolię. Przetrwały zaledwie cztery macewy, które umieszczono w zbiorach Zespołu Synagogalnego. Obecnie na terenie dawnego cmentarza znajduje się zadbany park miejski.

Pisząc o Włodawie nie sposób także nie wspomnieć o Festiwalu Trzech Kultur, który odbywa się tu corocznie. Organizatorem festiwalu jest włodawskie muzeum synagogalne, a impreza ma na celu podtrzymywanie pamięci o wielokulturowej historii tego miasta. Odbywają się tu rożnego rodzaju spotkanie, prelekcje, koncerty, przedstawienia. Można także posmakować lokalnej kuchni.

co warto zobaczyć w lubelskim

Jedyny w Polsce trójstyk granic na wodzie

Tuż przy Włodawie ulokowała się jeszcze jedna atrakcja, związana z wielokulturowością. W nadbużańskiej wiosce Dubnik na samej rzece stykają się trzy granice: polska, białoruska oraz ukraińska. Jest to jedno z sześciu takich miejsc w naszym kraju, jednak tylko tu dzieje się to na wodzie.

Jakiś czas temu ów punkt po polskiej stronie stał się oficjalną atrakcją turystyczną. Można tu aktualnie dojechać samochodem, podczas pory deszczowej wskazane auto terenowe. Dojeżdżając do rzeki, zobaczycie wiatę oraz przymocowaną do niej tabliczkę z napisem “Trójstyk”. To jeszcze nie tu. Najlepiej zostawić tu pojazd i dalej ruszyć na piechotę. Trzeba odbić w prawo i przejść około 200 metrów.

W pewnym momencie zza krzaków i gałęzi wyłoni się chyba najsłynniejszy słupek graniczny w naszym kraju. Różni się od wyglądem od tych standardowych, bowiem przypomina raczej pomnik czy obelisk. Oto na brązowym słupie zostało wyryte godło Polski oraz napis Rzeczpospolita Polska BUG. A jeśli Wasz wzrok skierujecie na drugą stronę rzeki, z pewnością dostrzeżecie słupki graniczne „naszych sąsiadów”.

Bug ma w tym miejscu już nieco inne oblicze. Brzeg jest gęsto zalesiony, a momentami pojawiają się dość wysokie urwiska. Jak najbardziej można na tym odcinku udać się na spływ kajakowy. Początek może być w miejscowości Zbereże, Wołczyny lub Sobibór, by potem przez Trójstyk Granic spłynąć do Włodawy lub Różanki.

co warto zobaczyć w lubelskim

Muzeum i Miejsce Pamięci w Sobiborze

Odwiedzając Włodawę nie sposób nie zajrzeć do pobliskiego Sobiboru, którego historia naznaczona jest okrucieństwem II wojny światowej. Wówczas to na tym terenie w latach 1942-1943 funkcjonował niemiecki obóz zagłady. Zamordowano w nim około 180 tysięcy Żydów, głównie z terenów Polski, w tym z Włodawy, ale także z Holandii, Słowacji, Niemiec, Austrii, Czech, Francji, Litwy, Rosji i Białorusi. Pod koniec przywożono tu także Romów. Większość ofiar przywożono pociągami, fragment rampy zachował się do dziś. Lokalizacja nie była przypadkowa. Po pierwsze, funkcjonowała tu stacja kolejowa, po drugie – miejsce to było słabo zaludnione, otoczone gęstymi lasami. Całość ogrodzono drutem kolczastym i zamaskowano gałęziami drzew.

Na terenie obozu znajdował się sektor zagłady z komorami gazowymi, specjalne miejsce do przyjmowania transportów, część przeznaczona dla załogi oraz budynki mieszkalne dla więźniów, wykorzystywanych do prac fizycznych. Mordowano tu Żydów przy użyciu tlenku węgla, wytwarzanego przez silnik spalinowy. Ciała grzebano w masowych mogiłach, a także palono w polowych krematoriach. Zrabowany dobytek wysyłano najpierw do sortowni w Lublinie, a następnie do III Rzeszy.

Gdy dotrzemy obecnie w to miejsce, naszym oczom ukaże się budynek o nieokreślonym kolorze. To nowy obiekt muzealny w Sobiborze, należący do Państwowego Muzeum na Majdanku. Wkrótce ma nastąpić jego otwarcie, jest ono przewidziane na koniec października 2020 roku. Przeprowadzone tu ostatnio prace nie tylko objęły budowę muzeum, ale także zabezpieczenie polany masowych mogił. Została ona pokryta białym kamieniem oraz geowłókniną. W muzeum pojawi się wystawa na temat historii obozu zagłady. Ekspozycja będzie zawierała 500 obiektów, znalezionych tu podczas prac archeologicznych. Przestrzeń zostanie podzielona na działy tematyczne, opisujące powstanie, funkcjonowanie oraz likwidację obozu.

Obecnie można obejrzeć tu małą wystawę, zaprezentowaną obok budynku na świeżym powietrzu. Na ustawionych tu tablicach przeczytacie o historii tego miejsca, poznać relacje więźniów. Kilka kroków dalej wejdziecie w alejkę, wzdłuż której znajdują się kamienie, upamiętniające zamordowanych tu Żydów. Na części z nim widnieją napisy “Dla Bezimiennych”, bowiem wielu osób nie zidentyfikowano, w tym przeważnie Żydów z Polski. Na końcu alejki znajduje się wspomniana już polana z białymi kamieniami, miejsce zbiorowych mogił. Tuż obok stoi prosty pomnik.

To miejsce porusza, potrząsa człowiekiem, zmusza do zadumy, do refleksji. Jeśli nie znacie jeszcze filmu pt. “Ucieczka z Sobiboru”, bardzo gorąco go Wam polecam. Ukazuje on prawdziwą historię, historię buntu, jaki wybuchł w obozie 14. października 1943 roku. W jego wyniku około 250 więźniów zdołało zbiec do pobliskich lasów. Jak szacują historycy, około 40-70 Żydów z tej grupy przeżyło wojnę.

W Sobiborze warto zatrzymać się na dłużej, by spędzić trochę czasu nad Bugiem oraz zajrzeć do Sobiborskiego Parku Krajobrazowego. Znajdziecie tu kilka ciekawych szlaków, zarówno pieszych, jak i rowerowych. Szczególnie polecam udać się do Rezerwatu przyrody Żółwiowe Błota. Żyje tu najliczniejsza populacja żółwia błotnego w naszym kraju. Rezerwat obejmuje jeziora Wspólne, Koseniec oraz Perespa, a także podmokłe lasy z licznymi zalewiskami, tworzonymi przez bobry. Ciekawą opcją jest także Pętla Sobiborska, której długość wynosi 11 km. Pamiętajcie, że przez Sobiborski Park Krajobrazowy przebiega także rowerowy szlak Green Velo.

Polecane noclegi na nadbużańskim szlaku

A gdzie nocować podczas takiej podróży? Wyszperałam dla Was prawdziwe noclegowe perełki. Miejsca niezwykle urokliwe, a przy okazji i zabytkowe. Dodatkowo zjecie w nich niezwykle dobre, ale i zdrowe posiłki, a także poznacie kosmetyki eko, które produkowane są przez właścicieli. Jezioro, starorzecze i ruska bania będą tu kolejnymi atrakcjami.

Uroczysko Zaborek, czyli nocleg w obiekcie o skansenowej zabudowie

Na nocleg w okolicach Janowa Podlaskiego polecam Uroczysko Zaborek. Jest to obiekt hotelowy o zabudowie skansenowej. To prawdziwe miejsce z duszą i ważny punkt na szlaku Wielokulturowego Nurtu Bugu. Tutaj przeniesiecie się w czasie i zobaczycie, jak lubelska wieś wyglądała wieki temu. Właściciele Zaborka to prawdziwi pasjonaci, którzy Uroczysko stworzyli od zera.

Noclegi dla gości urządzone są w dawnych chatach, Zaścianku z 1862 roku, Bielonym Dworku, pamiętającym czasy Powstania Styczniowego, plebani z 1880 roku czy nawet starym Wiatraku „Koźlaku”. Pensjonat znajduje się na ponad 70 ha, a więc ze względu na ogromną przestrzeń, tłumów w ogóle tu nie uświadczycie. Można się tu wybrać na długie spacery, zajrzeć nad zalew, który leży na terenie Parku Krajobrazowego Podlaski Przełom Bugu. Dodatkowo w pensjonacie można urządzać także szkolenia bądź konferencje w drewnianym XIX-wiecznym kościółku. Został on zdesakralizowany, więc bez problemu może spełniać taką funkcję.

ciekawe noclegi w lubelskim

Od jesieni w Uroczysku Zaborek rusza także ruska bania, a więc jest to dodatkowa atrakcja dla ciała i dla ducha. Relaks zaczyna się od wymoczenia kości w gorącej wodzie, po czym koniecznie trzeba wskoczyć do lodowatego jeziora. Jest to od wieków znany sposób na zwiększenie odporności. Na amatorów owej atrakcji czeka także czajnik brzozowej herbaty i swojskie zakąski.

W wybrane dni, przeważnie w soboty, o 10:00 rano odbywa się spacer po uroczysku wraz z właścicielem, panem Arkiem. Wówczas poznacie dokładnie historię tego miejsca, dowiecie się, co można jeszcze zobaczyć w okolicy, a na sam koniec skosztujecie tutejszych drożdżówek. Wieczorem czeka na Was kolacja przy ognisku.

Jakiego standardu możecie się tu spodziewać? Najwyższego. Miałam okazję nocować w jednym z pokoi w Zaścianku. Wnętrze zostało pięknie odrestaurowane, niemniej zachowało swój dawny czar. Jedynie nowoczesna łazienka może zdradzać, że jednak ciągle jesteśmy w XXI wieku. W budynku znajduje się również wspólna sala ze starymi szafami i stołem, gdzie spokojnie można coś przekąsić. Śniadania, obiady oraz kolacje serwowane są w Bielonym Domku, który pełni rolę restauracji.

Naprawdę warto tu zajrzeć i zatrzymać się przynajmniej na dwie noce. A co ciekawe, nocowały tu kilkukrotnie takie sławy, jak perkusista Charlie Watts zespołu The Rolling Stones wraz z małżonką (która swego czasu kupowała słynne konie z Janowa) czy księżniczka jordańska, od której nazwę wziął jeden z pokoi w wiatraku. Charlie Watts, podobnie jak inne gwiazdy, zasadził tu nawet swoje drzewo.

W Uroczysku Zaborek bez problemu zrealizujecie także Polski Bon Turystyczny. Wystarczy zgłosić taką potrzebę podczas rezerwacji. Listę wszystkich pensjonatów oraz hoteli w województwie lubelskim, które honorują bon, znajdziecie na stronie Lubelskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej (lubelskietravel.pl), wpisując hasło Lubelskie z Bonem Turystycznym.

Zamek Janów Podlaski

To druga propozycja w okolicy Janowa Podlaskiego. Tym razem nocleg w zupełnie innych okolicznościach, bo nie w starej lubelskiej wsi, a w prawdziwym zamku z XVIII wieku. Obiekt oczywiście został odrestaurowany. Dzisiaj mieści się tu 4-gwiazdkowy hotel, przepięknie urządzony wewnątrz. A do tego malowniczo położony na terenie Parku Krajobrazowego Podlaski Przełom Bugu stanowi prawdziwą perełką.

Tak naprawdę historia zamku jest o wiele starsza i sięga aż do XV wieku. Został on wzniesiony przez biskupów łuckich, z czego do czasów obecnych przetrwały jedynie fortyfikacje. Niestety uległ zniszczeniu w czasie potopu szwedzkiego. Pod koniec XVIII wieku odbudowano go w stylu barokowym.

polecane noclegi nad Bugiem

Zamek Janów Podlaski to w zasadzie cały kompleks, w skład którego wchodzą odrestaurowany Zamek, budynek SPA w zrekonstruowanej starej stajni cugowej (mieści się tu Salon Dr Irena Eris Beauty Partner), historyczne stawy i zalew oraz Podzamcze Mieszkalne, architekturą nawiązujące do zabudowy folwarcznej oraz stajni janowskich. Na terenie hotelu znajdziecie także basen. Co ciekawe, wszystkie te obiekty są ze sobą połączone podziemnymi korytarzami. Zamek posiada własną kuchnię, gdzie serwuje potrawy inspirowane kuchnią lokalną, a także wykwintne dania z całego świata. Obiekt posiada również bardzo dobre i stylowo urządzone zaplecze konferencyjne.

Oczywiście koniecznie zajrzyjcie do Janowa Podlaskiego oraz do słynnej Stadniny Koni. Janów Podlaski to dawne miasto oraz siedziba biskupów diecezji łuckiej, a w późniejszych stuleciach także i diecezji podlaskiej. Na uwagę zasługuje tu kościół pw. Św. Trójcy, w którym zobaczycie dwa ważne sarkofagi: ostatniego biskupa łuckiego oraz literata ks. Adama Naruszewicza. Ten ostatni swoje ostatnie lata spędziła właśnie na Zamku w Janowie. W parki w pobliżu hoteli możecie zajrzeć do groty, w  której poeta oddawał się rozmyślaniom.

Pisząc o tych rejonach nie sposób nie wspomnieć o Stadninie Koni w Janowie Podlaskim. Ulokowała się ona nad Bugiem, około 2 km od miasteczka. Słynie oczywiście z hodowli koni czystej krwi arabskiej. Została założona w 1817 roku, przez co wraz z zespołem zabytkowych stajni z XIX-XX wieku została uznana w 2017 roku za Pomnik Historii.

co warto zobaczyć w lubelskim

Siedlisko Odpoczynkowo

To jest moje wielkie odkrycie podczas tej podróży! Siedlisko Odpoczynkowo, czyli “spanie na sianie”, ugości Was w starej stodole, w której będziecie mieli okazję nocować w prawdziwych siennikach. Kwaterkę znajdziecie we wsi Nowosiółki niedaleko Sławatycz. Obiekt jest nowy i działa od września tego roku. Przyznam Wam, że gdy tylko zobaczyłam zdjęcia, wiedziałam, że muszę tu przyjechać.

Siedlisko leży nad samym starorzeczem Bugu. Jest tu mały pomost oraz dwie łódki, którymi można eksplorować rzeczkę. Uwaga, z pewnością zobaczycie tu łabędzie, które upodobały sobie wody starorzecza, a czasami nawet zaglądają do samego siedliska. Nad wodą można także rozpalić ognisko.

najlepsze noclegi na Lubelszczyźnie

Na terenie siedliska znajduje się klimatyczna chata gospodarzy oraz stara stodoła, która została wyremontowana i przeznaczona na noclegi dla wędrowców po nadbużańskich terenach. W stodole mieszczą się cztery pokoje. Dwa na dole z prywatną łazienką oraz dwa sienniki na górze, po których trzeba wspiąć się po drabinie. Uwaga, siano naprawdę tu pachnie, jego kojący aromat można wdychać przez całą noc. A do tego Wasza piżamka po takiej nocy również nabierze takiego zapachu.

Na dole znajduje się także salon z kominkiem (oj, cudownie jest się ogrzać w takim ciepełku podczas jesiennych wieczorów) oraz kuchnią. Zarówno stodoła, jaki i całe siedlisko urządzone jest naprawdę ze smakiem i z pomysłem. Widać, że nawet najmniejszy detal pełnił tu jakąś funkcję. Artystyczna dusza właścicielki naprawdę dała tu popis.

W siedlisku możecie także zamówić posiłki i jest to świetna opcja. Dlaczego? Wszystkie produkty są zdrowe i naprawdę eko, bo w większości z domowego ogródka tuż za stodołą. Czeka tu na Was najlepsza jajecznica w całym Lubelskim, wędlinki wędzone na miejscu, konfitura z marchewki, rożnego rodzaju sery, wegetariański smalec, marynowane ogóreczki, carpaccio z buraka, szczawiowe jajeczka, pierogi domowej roboty czy placki z dyni i cukinii. To tylko niektóre smakowitości, jakie serwują tu gospodarze. Za tak pyszne śniadanko zapłacicie 15 zł od osoby, zaś obiad lub kolacja kosztuje 25 zł.

Całości dopełnia niezwykła gościnność oraz prawdziwy entuzjazm gospodarzy, z którymi zdążyłam się już zaprzyjaźnić. Iwonko, Darku, ściskam Was bardzo gorąco i do zobaczenia następnym razem. To miejsce to prawdziwa perełka, więc jeśli będziecie odwiedzać te rejony, na kwaterkę obierzcie sobie Siedlisko Odpoczynkowo.

Więcej o Siedlisku Odpoczynkowo przeczytacie we wpisie:

 

Siedlisko Sobibór

Jeśli zamierzacie pokręcić się w okolicach Sobiborskiego Parku Krajobrazowego polecam Wam kolejne urokliwe miejsce, jakim jest Siedlisko Sobibór. Tu tradycja łączy się z nowoczesnością w okolicznościach dziewiczej przyrody Polesia Lubelskiego. Jeśli szukacie miejsca, by odrobinę zwolnić, odetchnąć, to jest to świetny wybór. Możecie nocować tu w starych domkach, stajence, oborze, spichlerzu oraz domkach w gałęziach.

Siedlisko Sobibór to prawdziwe eko miejsce. Naturalne materiały, z których powstały domki oraz ich wyposażenie, własny ogródek na kompoście, naturalne konfitury, sery, chleby na zakwasie oraz naturalne kosmetyki to tylko niektóre rzeczy, jakie na Was tu czekają. Minimalistyczny, a do tego bardzo klimatyczny wystrój wnętrz do także ogromny plus.

To jednak nie wszystko. Znajdziecie tu także ciekawą strefę relaksu. Tutaj również możecie wygrzać się w saunie, która mieści się w starym drewnianym spichlerzu, by potem wskoczyć do balii z zimną wodą. A jeśli jednak wolicie gorącą kąpiel pod gwiazdami, nie ma problemu. Relaks w tej formie to po prostu idylla.

To jak? Zachęceni do podróży w nadbużańskie rejony? To kraina inna niż wszystkie, z dala od wielkich metropolii, w zaciszu niesamowitej przyrody. Tutaj przez wieki przenikały się różnorakie tradycje, czego wyraz znajdziecie także obecnie. Warto je poznać, bowiem jest nasze wielkie dziedzictwo kulturowe, o które trzeba dbać szczególnie. Być może w planowaniu Waszej podróży przyda się Wam ta oto mapka.

Dodatkowo zapraszam Was jeszcze na film, który powstał podczas tej podróży. Wsiadajcie ze mną w kajak i popłyńcie wraz z nurtem dziewiczej rzeki, jaką jest Bug.

Wpis powstał w ramach konkursu Turystyczne Mistrzostwa Blogerów, którego organizatorem jest Polską Organizacja Turystyczna. Bardzo dziękuję Lubelskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej za okazane wsparcie przy zbieraniu materiałów oraz ogromne zaangażowanie w każdy etap prac. Jesteście najlepsi! Gorące podziękowania kieruję także do Pani Pauliny i jej mamy z Frykasów z Kodnia, Pana Marka Pomietło z Kajakowej Przygody, Pani wójt oraz księdza z Hanny oraz Pana Antoniego Chorążego z Mościc Dolnych… to był niezapomniany czas:) I jeszcze bardzo ciepło pozdrawiam Siedlisko Odpoczynkowo, Pensjonat Uroczysko Zaborek oraz Siedlisko Sobibór.

 

19 komentarzy

  • Siwka

    Majstersztyk! Piękne zdjęcia, lekkie pióro i wartka akcja. Brawo Celu :)))
    Za tę podróż krajoznawczo- kulturowo- kulinarną bardzo dziękuję i zapisuję trasę do zrealizowania w realu.

    • celwpodrozy

      Pięknie dziękuję:) Akcja w tzw. realu również była wartka, działo się tyle, że aż spać w nocy nie mogłam;) Oczywiście bardzo polecam, być może już wiosną będzie można znowu ruszyć przed siebie na spokojnie. Pozdrawiam ciepło

    • celwpodrozy

      Polecam spróbować, poważnie. Czy to u Panny Apteczkowej bezpośredno czy podczas spływu. Wszystko palce lizać, a niektóre smaki bardzo zaskakujące.

    • celwpodrozy

      Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie. Z pewnością jeszcze wrócę. W Studziance dużo się dzieje, trzeba będzie podpatrzeć:) Pozdrawiam serdecznie

  • Marek

    Kilka słów o kościółku w Zaborku.
    Nie jest to obiekt XIX-wieczny. Został zbudowany w trzecim dziesięcioleciu XX w. we wsi Choroszczynka gm. Kodeń. Budowa odbywała się stopniowo – do drewnianej chaty pełniącej funkcje kaplicy dobudowywano kolejno rozszerzenie wnętrza, zakrystie, wieżę z przedsionkiem i chórem. Wejście zostało osłonięte praktycznym, acz niepięknym daszkiem wspartym na podporach mocowanych do ściany, obecny przedsionek został dobudowany juz w Zaborku. Wnętrze ozdobił malunkami olejnymi Bazyli Albiczuk z sąsiedniej Dąbrowicy, zwany też Nikiforem Podlasia.
    Na przełomie tysiącleci (1995 – 2000) parafia zdecydowała się na budowę nowego kościoła, murowanego, zachowującego elementy stylu dotychczasowej świątyni. Drewniany kościółek sprzedano do Zaborka, gdzie został starannie odremontowany z zachowaniem oryginalnych malunków, cokolwiek rozbudowany z zachowaniem stylu (myślę tu o przedsionku w miejsce prowizorycznego daszka) i osadzony na podziemnej części składającej się na małe centrum konferencyjne.
    W miejscu, gdzie było prezbiterium kościoła parafianie wznieśli kamienną grotę z figurą Matki Boskiej, która kiedyś stała naprzeciw wejścia do kościoła. Plac kościelny powiększył teren cmentarza, a czas był po temu najwyższy.
    Najważniejszym zdarzeniem w tym kościółku był, przynajmniej dla nas, ślub jaki wzięliśmy tam z Żoną już prawie pół wieku temu.
    Pozdrawiam.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *