Karibu Jambiani, karibu Shehe

Na zanzibarskim wybrzeżu mamy spędzić trzy dni i to w zasadzie niecałe. Zdecydowanie za mało, za krótko, teraz to wiem. Jednak nie mamy innej opcji i chcemy ten czas jak najlpiej wykorzystać, spędzić go w miejscu, które będzie narawdę „zanzibarskie”, w miejscu, gdzie można jeszcze zobaczyć prawdziwą kulturę i życie tutejszych mieszkańców. Północna część wyspy jest bardzo komercyjna i bardzo droga, dlatego też pada na Jambiani, wioskę o egzotycznie brzmiącej nazwie, która to leży na wschodnim wybrzeżu w sąsiedztwie Paje, popularnej wioski wśród kite-surferów. Po odwiedzeniu Jozani Forest obieramy kurs na to właśnie miejsce.

GALERIA

Po drodze prawie przy samym skręcie na główną ulicę, wiodącą wzdłuż wybrzeża musimy zatrzymać się do kontroli, a w zasadzie to nasz pan taksówkarz jest kontrolowany pod kątem posiadania licencji. Po krótkiej rozmowie z panami kontrolerami ruszamy dalej. Wioska Jambiani wcale nie jest taka mała, z pewnością jest długa, ciągnie się przez kilka ładnych kilometrów, a że nasze bungalowy znajdują się prawie na jej końcu, musimy pokonać spory kawałek. Jednak to nie jest żaden problem, momentami gęste palmy i zabudowa znika, a my możemy zobaczyć bajecznie kolorowy ocean, kontrastujący z białą jak mąką plażą. Ochów i achów nie ma końca, coś takiego widzę po raz pierwszy w życiu. Malediwy to także ocean ze wszystkimi odcieniami niebieskiego, jednak tutaj wygląda to inaczej, zdjęcia nie kłamią, w zasadzie może i tak, bo na żywo wygląda to jeszcze piękniej. Nasza ekscytacja rośnie z każdą chwilą…

Po kilkunastu minutach skręcamy wreszcie w lewo i wjeżdżamy na polną drogę, która wiedzie poprzez wioskę. Zatrzymujemy się w zasadzie w jej środku, a pan taksówkarz oznajmia, że jesteśmy na miejscu. Wysiadamy i rozglądamy się dookoła, jest baaardzo afrykańsko i dziko. Pierwsze witają nas roześmiane dzieciaki, a potem rozbeczane kozy. Po kilku minutach przy taksówce pojawia się dwóch czarnoskórych chłopców, którzy witają nas szerokim uśmiechem i prowadzą do naszej kwaterki.

2807.JPG 2983.JPG

SHEHE BUNGALOWS

To miejsce rezerwujemy z polecenia koleżanki, która tu spędziła swój urlop. I rzeczywiście, jest tak, jak miało być, a nawet o wiele lepiej. Domki znajdują się na samej plaży, są klimatyczne w zanzibarskim stylu, małe białe bungalowy z dachami pokrytymi makuti, czyli tutejszą trzciną palmową. Każdy domek ma taras ze stolikiem i krzesełkami, niektóre z nich nawet mały ogródek. Całość ogrodzona jest prostym płotkiem z bali. Przy domkach wita nas sympatyczna blondynka, jak się okazuje nowa właścicielka bungalowów. Anne jest Angielką i właśnie niedawno przejęła ten ośrodek. Zamierza go odnowić i wprowadzić kilka zmian, ma być restauracja, basen oraz sala do jogi. Dostajemy klucze do naszych domków, a Anne objaśnia nam, co znajduje się w okolicy, co zobaczyć i gdzie zjeść. Jeszcze przez chwilę stoimy tak w osłupieniu, bo to, co roztacza się przed nami, to istny raj. Gra intensynwych kolorów, jaką funduje nam tutejsza plaża, działa na wszelkie zmysły…

2835.JPG 2836.JPG 2837.JPG 2840.JPG 2845.JPG 2842.JPG

Domki w środku są skromne, w zasadzie znajduje się tu tylko łóżko z moskitierą, mały stolik oraz łazienka. Jest czysto, choć widać już konkretne ślady użytkowania, szczególnie w łazience. Faktycznie remont by się przydał. Niemniej nam to w ogóle nie przeszkadza, bo praktycznie tylko tu śpimy. Za pokój dwuosobowy ze śniadaniem płacimy 35 USD, za pokój trzyosobowy 55 USD. Sami przyznacie, że cena fantastyczna jak na takie miejsce, to jedne z najtańszych bungalowów, jakie można znaleźć na Zanzibarze, i do tego ulokowane na samej plaży. Więcej na temat Shehe oraz cen przeczytacie tu.

2819.JPG 2822.JPG 2838.JPG

GDZIE ZJEŚĆ W JAMBIANI

Jako że w Shehe nie ma jeszcze restauracji, śniadania jadamy u sąsiada. Zwykle jest to danie z jajek do wyboru, jajecznica lub omlet, naleśniki, słodkawa bułeczka i owoce. Do picia pan sąsiad podaje świeżo wyciskany sok, herbatę i kawę. Śniadanie jest lekkie i takie tutaj jest wskazane. Stoliki rozstawione są niemalże na plaży, więc śniadanie przy takich widokach to idealny początek dnia.

3442.JPG

Widoki przy śniadaniu… wcale nie zbiera się na burzę:)

3450.JPG 3453.JPG 3454.JPG 3593.JPG 3457.JPG

Obiady zwykle jadamy w sąsiadującej z Shehe restauracji urządzonej na łodziach. Wychodząc z Shehe idziemy kawałeczek w lewo i zaraz za bungalowami wyrasta przed nami klimatyczny lokal, prowadzony w zasadzie przez chłopców. Osobiście to miejsce najbardziej przypada mi do gustu. Po pierwsze ze względu na bardzo smaczne, świeże na miejscu przygotowywane jedzenie, po drugie ze względu na ceny i po trzecie przez spektakularny widok, jaki roztacza się z wyższego poziomu. Co ważne i z czego do końca nie zdajemy sobie sprawy, choć w zasadzie o tym wiemy, czas oczekiwania na jedzenie na Zanzibarze jest niemiłosiernie długi. Przed wyjazdem oczywiście czytamy o tym na blogach i forach, jednak nikt specjalnie się tym nie przejmuje, aż do pierwszego zamówionego posiłku. Po podróży ze Stone Town i wizycie u czerwonych colubusów strasznie wygłodniali czym prędzej szukamy miejsca na obiad. Trafiamy właśnie do restauracji na łodziach. Przeglądamy menu, zamawiamy i czekamy…. czekamy… i czekamy, i nic. Wyobraźcie sobie, że obiad wjeżdża na stół dopiero po trzech godzinach! Na szczęście jedzenie jest pyszne, świeże i pachnące, do tego chłopcy serwują fantastyczne świeżo wyciskane soki oraz koktajle. Następnego dnia obiad zamawiamy zaraz po śniadaniu na konkretną godzinę i rzeczywiście jedzenie jest gotowane, kiedy przychodzimy.

2849.JPG 2852.JPG 2853.JPG 2902.JPG 3425.JPG 2958.JPG 2959.JPG

Fagita, czyli naleśnik z przeróżnym nadzieniem (do wyboru gotowane warzywa, kurczak lub owoce morza), polany sosem serowym, serwowany z frytkami

3418.JPG

Grillowana ryba z czosnkiem, cytryną i masłem… pycha!

3420.JPG

Ku naszemu zaskoczeniu cenowo wcale nie jest tak strasznie. W przeliczeniu na złotówki obiad można zjeść za podobną kwotę jak w Polsce. Na przykład grillowana ryba kosztuje 14000 TZN, co daje obecnie 28 zł. Za świeżo wyciskany soki, czy to z papai, czy z mango, czy miks, trzeba zapłacić 5000 TZN, czyli jakieś 10 zł. Skok kursu dolara i tutaj da się odczuć, roku temu było ciut taniej. Trzeba pamiętać, że zdecydowanie korzystniej płacić jest w lokalnej walucie, nie ma wtedy zaokrąglania cen w górę. A oto zdjęcia z menu.

2857.JPG 2858.JPG 2875.JPG

No właśnie, a jakiż to widok roztacza się z restauracji na łodziach? Oczywiście na ocean. W momencie kiedy się tu zjawiamy, około 12:00 w południe, jest jeszcze odpływ. Widać spory kawałek lądu odsłonięty przez uciekającą wodę. W przeciągu trzech godzin krajobraz zaczyna się zmieniać. Zanzibarskie kobiety ubrane w kolorowe stroje zaczynają schodzić z algowych poletek, niosąc na głowie wiadra z zebranymi plonami. Rybacy krzątają się koło swoich łódek, które stopniowo zaczynają falować i unosić się na wodzie. Ocean powraca, fundując nam przy tym fantastyczny widok… woda przybiera wszystkie odcienie niebieskiego zmieszanego z zielenią. Matka Natura wie, co piękne…

2860.JPG 2868.JPG 2876.JPG 2905.JPG 2917.JPG 2921.JPG 2930.JPG 2932.JPG 2950.JPG 2964.JPG 2941.JPG

Oprócz restauracji u chłopaków stołujemy się też w sąsiednich White Sand Bungalows. Tutaj kusi możliwość skorzystania z bezpłatnego wifi, jednak jak się okazuje takiej możliwości praktycznie nie ma, bo Intertnet jest tak wolny, że nic nie udaje się sprawdzić. Cenowo jest ciut drożej niż u chłopaków, a i wybór mniejszy, szczególnie jeśli chodzi o soki. Warto się tu wybrać na ośmiornicę przyrządzoną po zanzibarsku, coś pysznego!

3598.JPG

CO ROBIĆ W JAMBIANI

Oczywiście plażować, plażować, plażować…

Plaża przy Shehe jest najpiękniejsza w całej okolicy, szeroka i piaszczysta, po prostu marzenie. Piasek jest biały i miękki niczym mąka, a w połączeniu z palmami tworzy to iście rajski krajobraz. A wcale nie jest tak, że całe zanzibarskie wybrzeże jest wszędzie takie same. Już kawałek dalej plaża się zmienia, brzeg jest całkiem kamienisty i niezbyt zachęcający do wejścia do wody. Kiedy jest przypływ ten kawałek plaży całkowicie zakryty jest oceanem.

2827.JPG 3112.JPG 3649.JPG 3642.JPG 3415.JPG

Korzystać z odpływów i spacerować po ocenicznych wydmach…

No tak, te przypływy, odpływy… przecież pływać się nie da. Tak, faktycznie woda odpływa tu dwa razy na dobę, raz około 9:00 – 10:00 rano, drugi raz wieczorem około 20:00. Natomiast wraca około 15:00 – 16:00 po południu, a drugi raz w nocy. Wtedy to właśnie woda podpływa pod sam płotek, a szum fal jest tak głośny, że budzi w nocy. Niemniej jeśli ktoś bardzo chcę się wykąpać w ciągu dnia, może się przespacerować do miejsca, gdzie jej poziom jest nieco wyższy. Taki spacer może trwać 15-20 minut. Mi osobiście odpływy w żaden sposób nie przeszkadzają, to dzięki nim nadbrzeżny krajobraz jest tak zróżnicowany i ciekawy. Spacer po lagunie, jaka tworzy się przy odpływie, jest niesamowity. Wyspę można zobaczyć z innej perpektywy, można się także przyjrzeć pracującym na algowych poletkach kobietom, czy zajrzeć do tradycyjnej zanzibarskiej łódki. A jak plażowanie się znudzi można wynająć rower i na dwóch kółkach wybrać się na przejażdżkę plażą, np. do pobliskiego Paje.

3620.JPG 3634.JPG 3645.JPG 3395.JPG 3356.JPG 3369.JPG 3373.JPG 3375.JPG 3382.JPG

Wybrać się na zwiedzanie wioski…

Co też robimy. Po Jambiani można spokojnie pokręcić się na własną rękę, można też wybrać się na wycieczkę zorganizowaną za 10 USD, w trakcie której odwiedzimy szkołę, klinikę oraz spróbujemy kokosa prosto z drzewa. Zdecydowanie warto zrobić i jedno, i drugie, o czym będzie w kolejnych wpisach. Przygotujcie się na nalot zanzibarskich dzieciaków, które nie będą chciały odstąpić Was na krok.

3212.JPG 3220.JPG 3009.JPG 3019.JPG

Wybrać się na snurkowanie lub pływanie z delfinami…

W zasadzie każdy hotel ma coś takiego w swojej ofercie, wystarczy zapytać. Na plaży możemy spotkać także tzw. naganiacza, który zaoferuje nam takie wycieczki po konkurencyjnej cenie. Czy warto skorzystać z takiej oferty, nie wiem. My snurkowanie łączymy z wizytą w słynnej restaruracji the Rock, a wycieczkę organizuje nam nasz pan sąsiad od śniadań. Co prawda nie wszystkie nasze ustalenia zostają dotrzymane, niemniej jesteśmy zadowoleni, szczegóły już wkrótce.

20140913_140422

A wieczorami sączyć drinki prosto ze słoików w barze przy plaży…

Tak naprawdę wieczorami w Jambiani nic się nie dzieje, nic a nic. Nie ma imprez na plaży jak w Paje, nie ma żadnych dyskotek ani głośnych turystów. Jest za to kilka klimatycznych barów, gdzie można wstąpić na drinka, porozmawiać z barmen, a czasem nawet posłuchać przy ognisku zanzibarskich kawałków wygrywanych na gitarze przez lokalesów. Takim miejscem jest Garden bungalow Bar & Restaurant. Spędzamy tu ostatni wieczór. Za barem stoi Mr. Out of system, który robi świetne drinki i serwuje je w zwykłych słoikach. Przyrządzi Wam wszystko, co chcecie, my jednak zdajemy się na niego i jego eksperymentalne zdolności. I to jest dobra decyzja… ostatni wieczór spędzamy sącząc drinki i tańcząc po gwiazdami w rytm tego, co puszcza nam barman.

3604.JPG DSC03172.JPG 3605.JPG

Jambiani jest fantastyczne, tu czas się zatrzymał, nikt się nigdzie nie śpieszy, nie ma tłumów rozkrzyczanych turystów, w zasadzie prawie wcale ich tu nie ma. Jest za to błogi spokój, piękna plaża z kolorowym oceanem, dobre jedzenie i przyjaźni ludzie. Czego chcieć więcej?

6 Comments:

    • Dziękuję bardzo. Zajrzałam na Travelling Rockhoppera i… szczęka opadła mi, patrząc na listę odwiedzonych krajów. No pięknie!

  1. właśnie przygotowuję się do wyjazdu na Zanzibar i czytam, czytam, czytam… bardzo fajna relacja! i fantastyczne zdjęcia! :)

  2. W ciągu najbliższego miesiąca zamierzam wybrac się na weekend do Jambiani. Dzieki za polecenie miejscówki na nocleg :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>