Co się działo w 2015, czyli czas podróżniczych podsumowań

Podróżniczy 2015? Jaki był? Z pewnością nie taki, jak planowałam. Zastanawiałam się, czy zabierać się za jakiekolwiek podsumowanie, czy podliczyć odbyte wyjazdy i te anulowane? Czy bilans nie wyjdzie ujemny? Jednak im bardziej o tym myślę, tym wyraźniej nasuwa się jeden wniosek, bardzo oczywisty wniosek. Nie o liczby tu chodzi, a o spełnione marzenia i gdy się krótką chwilkę zastanowię, to kilka przecież się ziściło, a przede wszystkim rozpoczęła się, mam nadzieję, najdłuższa podróż w moim życiu.

POLOWANIE NA ZORZĘ

W ubiegłym roku o tej porze właśnie pakowałam mój mały plecak, w który próbowałam wcisnąć spodnie narciarskie, śpiwór, ubrania i prowiant na kilka dni. O dziwo, podręczny Wizzara jest całkiem pojemny. Rok 2015 zaczęłam w towarzystwie fajerwerków, jakie zaserwowała nam daleka północ w Nordnes. Zobaczyć zorze polarną na żywo? Bezcenne i wciągające. Wyruszając z zapowiedziami bardzo kiepskiej prognozy pogody na nadchodzące dni, wracałam w świetnym humorze, bo szczęście dopisało.

P1000792.JPG

TAJLANDIA NA BIS

Za jakąś małą chwilkę, bo już za półtora miesiąca siedziałam w samolocie do Bangkoku, nie byle jakim samolocie, bo w A380, olbrzymim dwupiętrowcu. Ponownie Tajlandia… wracając z pierwszego wyjazdu, wiedziałam, że kiedyś tam wrócę, choć nie sądziłam, że tak szybko. Wyspy Zatoki Tajlandzkiej tak bardzo mi się marzyły, że gdy tylko pojawiły się bilety, nie było nad czym się zastanawiać. Phangan i Tao… ta pierwsza małe rozczarowanie, ale tylko ze względu na plażę i brak błękitnej laguny, czego oczekiwaliśmy po powrocie z Phi Phi. Wyspa Phangen jest spora, więc w innych zakątkach może być inaczej. Natomiast Tao oraz Nangyan to prawdziwy raj… tam mogłabym się zaszyć i ukryć przed światem. To znaczy pod jednym warunkiem, że mój żołądek przestałby się buntować. Niestety mój drugi pobyt w Tajlandii okupiłam częstymi wizytami w toalecie, dreszczami i gorączką. Nigdy wcześniej z powrotu do domu tak bardzo się nie cieszyłam:)

795.JPG 1011.JPG

FIORDOWA MAJÓWKA

Zima minęła szybko i jak to zwykle bywa, w końcu przyszła wiosna, a z nią Majówka. W takim czasie w domu siedzieć nie wypada, dzień wolny należy odpowiednio spożytkować i Cel taki miała zamiar. Kilka miesięcy wcześniej spontanicznie ustrzeliła promocyjne bilety nad norweskie fiordy. Nie, nie, nie do Bergen, a do przepięknie położonego Molde. Kierunek, zdawałoby się, mało popularny, był dla mnie kolejnym odkryciem tego roku. Majówkową podróż wspominam z rozrzewnieniem, Norwegia powaliła mnie na kolana, księżycowe krajobrazy, zatoczki fiordowe powcinane w ląd w otoczeniu ośnieżonych szczytów, malutkie wysepki, tworzące poszarpany krajobraz, majestatyczne góry, spokój, cisza… idealne miejsce, by odciąć się od codziennego pędu i tłumów. Droga Atlantycka zawiodła nas do Alesund, skąd później ruszyliśmy w okolice Geirangerfiodu i to wszystko w pięknym słońcu, ponownie szczęście dopisało.

190.JPG 1084.JPG 1132.JPG 1432.JPG

STARE BELGIJSKIE KĄTY

W kolejnym miesiącu wpadłam z krótką wizytą na stare śmieci… weekend w Belgii był pełen śmiechu i wzruszeń, choć niektórych wspomnień odkurzać bym nie chciała. Gandawa i Brugia zawsze robią na mnie wrażenie, średniowieczne miasta ze starą zabudową, poprzecinane kanałami. I oczywiście tony czekolady, piwa i frytki z majonezem. Taką Gandawę pamiętam, przesiadywanie nad kanałem przy Graslei, codzienne pędzenie rowerem na zajęcia wąskimi uliczkami wzdłuż kanałów… czasem nawet w śnieżnych zaspach, mozolne szukanie roweru na wielkim parkingu oblepionym setkami jednośladów, zajadanie się wielkimi gorącymi frytkami wprost z gazecianej torebki i próbowanie coraz to innych piwnych trunków. Flandria zdecydowanie warta jest zobaczenia i posmakowania.

354 (1)

UPALNY BUDAPESZT

Kolejny wypad, również weekendowy, miał być tylko we dwoje, czyli romantyczna odskocznia w madziarskiej stolicy. Jako że przyszły małżonek zaniemógł, w Budapeszcie czas spędziłam ze znajomymi, którzy, jak się okazało, kupili bilety na ten sam lipcowy weekend. To moja druga wizyta w stolicy Węgier, tym razem letnia, więc i upalna, burzowa, powietrze nad Dunajem oddało się wielkiemu szaleństwu i tak oto, w przeciągu godziny można było doświadczyć nawet gradu wielkości piłeczek. To, co szczególnie mnie urzekło to jaskinia Pál-völgyi, najdłuższa tego typu na Węgrzech, a moim pozytywnym zaskoczeniem i odkryciem stały się bary ulokowane w kamienicach w Dzielnicy Żydowskiej, tzw. ruin pubs lub po węgiersku po prostu romkocsmak. To miejsce na kształt naszej warszawskiej Pragi, jednak w mojej opinii jeszcze jest jeszcze bardziej klimatyczne.

487.JPG 396.JPG

W KAMIENNYM KRĘGU

W maju oraz lipcu odwiedziłam dwa bardzo ciekawe i niejako magiczne miejsca w Polsce, miejsca mocy, czyli kamienne kręgi w Odrach i Węsiorach oraz Święty Krzyż, najstarsze sanktuarium na ziemiach polskich. Całe zamieszanie zaczęło się dzięki Małgosi z Coaching w drodze (Małgosiu, dzięki!), wkręciłam się okrutnie, wiele wieczorów spędziłam na zgłębianiu wiedzy na ten temat oraz namierzaniu energetycznych miejsc nie tylko w Polsce, ale i na świecie. W związku z tym powstał tekst o czakramach Ziemi, w którym staram się rozwinąć temat. Kamienne kręgi w Odrach i Węsiorach zrobiły na mnie ogromne wrażenie, w tych miejscach jest coś niesamowitego, już sam układ kamieni oraz kurhanów musi nurtować i zastanawiać, kto i w jakim celu je tutaj ułożył. Jednoznacznej odpowiedzi nie ma, teorii jest kilka. Przy okazji miałam także okazję przez chwilę podziwiać piękne Kaszuby, z których uroku nie zdawał sobie do tej pory sprawy.

DSC03256.JPG

A POTEM BYŁ ŚLUB…

…który pierwotnie miał wyglądać zupełnie inaczej. Plany były odważne, nieco szalone i dość kosztowne, choć porównując z innymi lokalizacjami kosztowo wypadało to stosunkowo korzystnie. Plaża, biały piasek, turkusowy ocean i szumiące palmy, w takiej scenerii mieliśmy wypowiedzieć słowa przysięgi i rozpocząć najważniejszą podróż w życiu. Mieliśmy, jednak dziwnym trafem przygotowania szły dość mozolnie, dolar poszybował w górę i ostatecznie stanęło na podróży poślubnej w ten magiczny zakątek. I w sumie dobrze, że gdzieś tam ktoś pokrzyżował nam plany… szczęście w nieszczęściu, rzec by można. W maju kręgosłup Michała odmówił posłuszeństwa i także podróż na Zanzibar stanęła pod znakiem zapytania. Czekaliśmy niemalże do ostatniej chwili i zdrowy rozsądek wziął górę, podróż odwołana… no dla ścisłości, przełożona, bo gdy tylko mąż wróci do formy z pewnością gdzieś wyruszymy, a tymczasem musieliśmy się zadowolić sesją ślubną z Boeingiem Stearmanem (dziwnie brzmi) z 1941 roku. Oj kusiło, żeby tak wzbić się w powietrze i poczuć wiatr we włosach:)

Sesja-210

NA PERSKIEJ ZIEMI

Podróż poślubna została odwołana, mąż po operacji dochodził do siebie na zwolnieniu, a żona dalej ciężko pracowała, jadąc już na oparach i marząc choćby o krótkim odpoczynku. A że mąż dobry człek, to zlitował się nad swoją umęczoną żoną i pozwolił jej na urlop bez niego. I tak oto zrodził się pomysł na wyjazd do kraju, który niezbyt dobrze się kojarzy (choć już się to zmienia), do kraju, gdzie oprócz zabytków i pięknej przyrody, szczególnie warto poznać jego mieszkańców, doświadczyć ich serdeczności i gościnności. Iran, bo o nim mowa, był na mojej liście bardzo wysoko, jednak ciągle nie mogłam znaleźć kompanów do takiej wyprawy. Mąż kręcił nosem, a innym terminy nie pasowały. Z pomocą przyszedł Internet, gdy prawie już zarzuciłam myśl o Iranie w tym roku, niespodziewanie odezwała się Kinga. Od tego momentu wszystko potoczyło się w oka mgnieniu. Co prawda po dwóch tygodniach podróżowania po wspaniałej Persji przywiozłam ze sobą zasmarkany nos, zatkane uszy i gorączkę, ale co najważniejsze także niesamowite doświadczenie. Ta podróż była inna niż wszystkie, bez zabukowanych wcześniej noclegów, czy lokalnych przejazdów, jedynie z zarysowanym planem. Nigdy wcześniej nie poznałam tylu ludzi w podróży, nigdy wcześniej nie odwiedziłam tylu domów, nie doświadczyłam tyle życzliwości i troski. Fakt, dwie kobiety podróżujące samotnie, zwracały niewątpliwie dużą uwagę i budziły raz podziw, raz konsternację. To zainteresowanie za każdym razem owocowało w liczne zaproszenia na obiad, na lody, na pokazanie miasta czy jego okolic. Pobyt w Iranie to zdecydowanie moje największe podróżnicze przeżycie w 2015. To dla mnie niejako rekompensata za te wyjazdy, które odbyć się nie mogły.

247

2514

524

CO ZOSTAŁO PRZEŁOŻONE… BO PRZECIEŻ NIE ODWOŁANE:)

Kilka tych miejsc się niestety uzbierało… Barcelona, Werona, Stavanger, Zanzibar oraz długo wyczekiwana Jordania. To właśnie Jordanii żal mi najbardziej, bo Petra oraz Wadi Rum to moje wielkie marzenie. Było blisko, podróż zaplanowana, wszystko przygotowane, jednakże niejako w obawie przed obecnie panującą tam sytuacją (choć tak naprawdę nic strasznego się tam nie dzieje) i za namową męża, odpuściłam… i także ową podróż przełożyłam, a mąż obiecał, że kiedyś tam ze mną pojedzie. Tak więc trzymam za słowo i powoli zaczynam szukać biletów.

Patrząc wstecz, muszę przyznać, że co nieco się działo. A jak to się mówi, nie ma tego złego… i tak oto tym sposobem zaoszczędziłam aż 9 dni wolnego i w nadchodzącym roku mam do dyspozycji aż 35!!! To dopiero będzie się działo, a kilka konkretnych pomysłów już jest. Tak więc Nowy Roku 2016, spokojnie możesz się już zaczynać, bo mam wobec Ciebie poważne plany:)

I już na zakończenie chciałam Wam bardzo podziękować za odwiedziny, za komentowanie i za nowe polubienia, których sporo przybyło w 2015. Roku temu było nas 600, a dziś jest już 1259, czyli o 100% więcej:)

Życzę Wam wszystkim niezapomnianych podróży w nadchodzącym Nowym Roku 2016, pięknych wspomnień i niezpomnianych wrażeń!

3 Comments:

  1. Zapomniałaś jeszcze o mokrym weekendzie w Kopenhadze w kwietniu ;-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>