Jak to kutrem rybackim przybyliśmy do Rihiveli Beach Resort

Drugim resortem, jaki odwiedzamy podczas naszego pobytu na Malediwach jest Rihiveli Beach Resortdobrze znany osobom plażującym na Maafushi, gdyż właśnie położony w pobliżu tej lokalnej wyspy. Jako że Alimatha dwa razy odmawia nam wstępu, zaczynamy wypytywać o inne tego typu hotele. Właśnie Rihiveli jest taką opcją, niemniej bardziej kosztowną, bo i wstęp droższy, i dystans większy. Jako że nasza sąsiadka okazuje się być chętna na taką wyprawę, zastanawiamy się i my, w końcu skoro już tu jesteśmy, to dlaczego nie skorzystać z takiej możliwości.

GALERIA

Jak się okazuje, nie jest to takie proste, nasz pan motorówkarz nie ma wystarczającej ilości paliwa, by móc ruszyć w taki rejs. To ciekawe, bo dostawa miała być rano. Może po prostu z powodu jutrzejszego święta woli zostać w domu? W każdym razie zaczyna się akcja poszukiwawcza innej łódki. Nasza sąsiadka z Rosji, będąc tu już od dwóch tygodni, zna każdego miejscowego i praktycznie trzęsie całą wyspą. Najpierw udaje się do właściciela drugiej kwaterki La Perla. Właściciel chętny jest pomóc, jednak zależy to od tego, czy jego goście będą chcieli jutro gdzieś wyruszyć, zatem prawdopodobieństwo, że łódka będzie wolna jest niewielkie. Jest tu jeszcze druga łódź, jednak potrzebna jest benzyna, więc tak czy inaczej, nie wygląda to za dobrze. Poszukiwania trwają cały wieczór i wszystko wskazuje na to, że jednak Rihiveli trzeba będzie odpuścić. Rano Arif puka do naszego pokoju i szerokim uśmiechem oznajmia, że nasza uparta sąsiadka znalazła pewnego rybaka, który zgodził się użyczyć swojego kutra i na dodatek będzie naszym kapitanem, popłynie z nami! Fantastycznie! Grunt to mieć kontakty i siłę perswazji, której naszej sąsiadce z pewnością nie brakuje:) Zatem kutrem rybackim płyniemy do resortu!

Nasz kapitan

775.JPG

 

Szybkie pakowanie i około 8:30 mamy wyruszyć. Za transport płącimy 50$ od osoby, natomiast wstęp kosztuje 77$, w tym jest wliczony lunch na picnic island. Podróż trwa dosyć długo, bo ponad godzinę, mam wrażenie, że cały jesteśmy przy Fulidhoo i nie możemy odpłynąć. Tylko ocean jest jakiś inny, fale bujają na prawo i lewo, do tego stopnia, że przystrajam się w pięknie pomarańczową kamizelkę ratunkową. I nie jestem jedyna, mała Malinka i jej mama idą w moje ślady. Słońce naprawdę ostro grzeje, a o cień na łajbie nie tak łatwo.

792.JPG

 

Po ponadgodzinnym rejsie dopływamy wrescie do resortu. Na przystani bardzo miło wita nas przedstawiciel hotelu i prowadzi do recepcji. Tam dostajemy szklankę zimnego soku oraz kawałeczki kokosa. Jeszcze tylko meldunek oraz opłata i możemy zacząć piękny dzień.

807.JPG

 

Pan z obsługi pokazuje nam najpierw pokrótce wyspę i jej najważniejsze części. Jest tu spa, bar, restauracja, sklepik z pamiątkami, a nawet poczta. To tutaj przyjeżdżają goście z Maafushi na całonocne dyskoteki, bawią się do białego rana,  a potem o świcie wracają do siebie. Na początku wyspa nie robi na mnie aż tak ogromnego wrażenia, czekam na więcej. Z pewnością jest sporo większa od Dhiggiri, co niekoniecznie jest na plus i wygląda na nieco starszą. Idąc alejką nie mam wrażenia, że jestem na malutkim skrawku piasku gdzieś pośrodku Oceanu Indyjskiego, jak to było w Dhiggiri. Tu natomiast zamiast czapli spotykamy rozgadaną papugę. Podobno tutaj też można zobaczyć rekiny, które przypływają na poranne karmienie.

810.JPG

813.JPG

Sklepik z pamiątkami

815.JPG

 Goście zostawiają pamiątkę po sobie

816.JPG

Spa w Rihiveli Resort

818.JPG

Bar i miejsce na tańce

819.JPG

Ciekawska papużka

 

Po krótkim spacerze zostajemy zaprowadzeni na miejsce, które dla nas przygotowano. Leżaki ustawione są zaraz przy recepcji, a nad głowami postawiono małe zadaszenie. Szczerze mówiąc, miejscówka średnia w porównaniu do tego, co znamy z poprzeniego resortu, sytuację ratuje piękny widok na pobliskie bezludne wyspeki Birds Island oraz Sunrise, na której ma być serwowany lunch od 12:00 do 14:00. Czas jest tutaj przesunięty o godzinę do przodu, (podobno każdy resort ma swój indywidualny czas). Do tego udostępniono nam także prywatne pomieszczenie, w kórym możemy się przebrać i zostawić nasze torby. Są tu dwa łóżka oraz łazienka, więc można się odświeżyć. Podobno to jedyne miejsce, jakie hotel może zaoferować osobom z zewnątrz, gdyż reszta plaży jest prywatna i dostępna tylko dla gości resortu.

822.JPG 821.JPG 825.JPG 893.JPG

 

Chwilę pluskam się w turkusowej wodzie i rozkoszuję widokiem na dwie pobliskie wysepki, by zaraz z aparatem ruszyć na eksplorowanie wyspy. Najpierw udaję się na drugą jej stronę, czyli tę, gdzie znajduje się przystań. Owszem, plaża dosyć długa, jednak piasek i co też tam w nim się znajduje kłuje w stopy, a i wejście do wody niezbyt zachęcające. Muszę przyznać, że jestem lekko zdziwiona, że w takim hotelu plaża może tak wyglądać.

829.JPG 830.JPG 835.JPG

 

Idę więc dalej. Ogród jest tu bardzo ładnie utrzymany, dużo zieleni i drzew dających upragniony cień. Bardzo ciekawi mnie, jak tutaj mieszkają goście. W resorcie jest około 50 bungalowów, a właścicielem jest ktoś z Francji. Mijani plażowicze uśmiechają się szeroko i zawsze miło witają, nic dziwnego przy takiej dawce słońca endofriny muszą tu w każdym buzować. Pierwsze domki wyglądają całkiem skromnie i niezbyt egzotycznie. Idę jeszcze kawałek dalej, po czym skręcam w lewo, by sprawdzić, co kryje się za domkami. Trafiam na malutkę plażę w ala zatoczce.

844.JPG 843.JPG 842.JPG

 

Postanawiam wracać, bo zbliża się pora obiadu i zapewne Michał zaraz będzie chciał wyruszać. I się nie mylę, już na mnie czeka gotowy do wymarszu. Picnic island oddalona jest od resortu około 400 metrów, dostać się na nią można na piechotę lub wynajmując kajaki. My oczywiście wybieramy ten pierwszy sposób, dno jest nieco kamieniste i z pewnością przydałoby się specjalne obuwie, niemniej bez także dajemy radę. Płynąć niestety nie mogę, gdyż dzielnie targam swój aparat, co by uwiecznić niezapomniane chwile. Przejście zajmuje około 15-20 minut i muszę przyznać, że jest całkiem przyjemne.

845.JPG 848.JPG

 

Wysepka jest przepiękna! Mała, usiana palmami i egoztyczną roślinością. Lunch już się zaczął. Na wyspie znajduje się kuchnia, a pod palmami poustawiane są stoliki dla gości. Obok wystawiony jest stół z serwowanym jedzonkiem. Na obiad jest grillowana ryba, ryż, ziemniaki i dwa rodzaje surówek, wszystko samkuje wybornie! Na deser zaś podawane są owoce: banany i ananasy. Czy można sobie wyobrazić lepszą scenerię na taki posiłek?

864.JPG 855.JPG 859.JPG 860.JPG 857.JPG

Po obiedzie trzeba nieco skorzystać z uroków wysepki. Nasze sąsiadki udają się na Birds Island, na której podobno żyją papugi. Jak się potem okaże, zobaczą tam tylko kraby i trochę pustych skorupek po jajkach. My zostajemy chwilę na Sunrise. O dziwo, wszyscy goście po skończonym posiłku wracają od razu do resortu. Naprawdę nie rozumiem dlaczego. Picnic island jest niesamowita z jej turkusową laguną ciągnącą się prawie po horyzont. Zostajemy sami i naprawdę cieszymy się tą wszechobecną ciszą i spokojem.

871.JPG 866.JPG

Bezkresna laguna na Sunrise

867.JPG

Rihiveli widziany z Sunrise

873.JPG

 

Powoli zaczynamy się zbierać w drogę powrotną. Pozostała część dnia upływa na błogim relaksie, pluskaniu, opalaniu i chłonięciu pięknych widoków. Obserwujemy parę, która wytrwale uczy się surfowania na desce. W recepcji można skorzystać z bezpłatnego wifi i jest to w zasadzie pierwszy raz od przyjazdu, kiedy mamy kontakt ze światem zewnętrznym. Taka przerwa naprawdę dobrze robi i tak naprawdę najlepszy odpoczynek jest właśnie bez Internetu i ciąglę wibrującego telefonu.

904.JPG 895.JPG 928.JPG 902.JPG

Wbrew pozorom czas szybko mija i nim się zdążymy obejrzeć, czas już wracać. Popołudniowe słońce miło przygrzewa i właśnie teraz można spokojnie się poopalać. Z resortu musimy wyruszyć o 17:00, by zdążyć przed zachodem dopłynąć na naszą Fulidhoo. Obsługa żegna nas bardzo serdecznie i dziękuje za pobyt.

940.JPG 948.JPG

Po drodze czeka nas jeszcze niespodzianka. Mamy szczęście zobaczyć skaczące delfiny. Dla mnie to pierwszy raz, kiedy widzę je na wolności.

6 Comments:

  1. Delfiny mieszkające przy Rihiveli są niesamowicie sympatyczne i zawsze można na nie liczyć w tym miejscu. Chętnie się prezentują i nie strzelają focha jak czasem te przy Guraidhoo ;)

    • Spotkaliśmy je jeszcze raz, gdy wracaliśmy z picnic island na Fulidhoo. Te pływały przy samej łodzi i to przez dłuższą chwilę, niesamowite! Szczególnie dla osoby, która widzi te stworzonka po raz pierwszy na żywo:)

  2. A co do samego Resortu to właśnie byłam ciekawa i czekałam na relację, bo nie miałam okazji jeszcze tam być. I faktycznie, z butów nie wyrywa, ale i tak warto się tam wybrać, chociażby dla tego lunchu na bezludnej wyspie :)

  3. Nic dodać nic ująć :) Rajskie wyspy :) Pozytywnie zazdroszczę i w wolnej chwili zapraszam do mnie :)

    • Dzięki za zaproszenie:) No z nieba mi spadasz… Peru i Boliwia, Islandia to moje bardzo top kierunki na najbliższy czas. Wpisy te z pewnością przestudiuję, i nie tylke te:) Pozdrawiam, Cel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>